Nowa-stara geopolityka, czyli powrót ustawień z 1914 i 1939. Tylko że na odwrót

No więc Boris Johnson, brytyjski klon Donalda Trumpa, został premierem Wielkiej Brytanii. Anglosaski świat przejęty.

Dawniej było tak, że to Anglosasi (z pomocą wiecznie zamordystycznej Moskwy) uratowali zachodnią cywilizację od barbarzyństwa, za którymi stały Niemcy. Moskwa za pomoc wzięła sobie swój kawałek i cześć. Teraz jest dokładnie odwrotna sytuacja: USA, Wielka Brytania i Rosja są po stronie nacjonalistycznego autorytaryzmu, prodemokratyczne pozostają Niemcy, a Niemcy nie mają nawet Włochów po swojej stronie, choć to ostatnie akurat jeszcze nikomu chyba się dobrze nie przysłużyło.

W każdym razie państwa centralne, tym razem Niemcy i Francja, i tym razem w odwróconym ideologicznie ustawieniu, znów zapewne przegrają.

No, zobaczymy, co będzie po tych kolejnych wyborach w USA, ale coś mi się wydaje, że nadciąga nowa normalność, z której powinniśmy wyciągać coraz więcej wniosków, zamiast stawać się zamkniętą, coraz mocniej się usekciającą kastą. A więc przewietrzyć wewnętrzny dyskurs i podjąć dialog, nawet na trudne tematy, zamiast się udogmatyczniać.

Osobiście uważam, że to, co się dzieje, to jest oddolny, intuicyjny wręcz bunt Zachodu przeciwko zagrożeniu utraty własnej tożsamości (a ta jest rozumiana jako przedziwna mieszanina tradycji chrześcijańskiej i swobód obyczajowych, przy czym dostrzegane jest atakowanie tych swobód przez islam, ale już nie przez rodzimych religijnych freaków). I do tego zagrożenia, wcale nie tak wydumanego, naprawdę trzeba się odnosić, a nie przylepiać każdemu, kto o nim mówi, łatkę rasisty i faszysty. Bo niedługo po stronie demokratycznej pozostaną sami ayahuascopije, marzyciele i kilka stolików z europalet w lewicowych knajpach.