#thewestwillriseagain

Mam coraz częściej wrażenie, że jednym z powodów dołowania lewej strony w świecie Zachodu jest jej wewnętrzny zakaz odczuwania zadowolenia z siebie.

Owszem i jasne: krytyczna ocena samego siebie była Zachodowi mocno potrzebna: po obu światowych wojnach, kolonializmie, rasizmie, rozbuchaniu społecznych nierówności epoki hiperliberalizmu, żerowaniu na słabszych itd. trzeba było wyciągnąć wnioski. Takie realne spojrzenie na siebie samego jest koniecznym etapem w każdej terapii.

Tylko że takie spojrzenie ma wzmocnić, a nie wbić w wieczną depresję i nieograniczone samobiczowanie się. A mam wrażenie, że zakazane się stało odczuwanie dumy z tego, że jest się częścią Zachodu: było nie było miejsca, który dał światu prawa człowieka, modele społeczne, w których jednostka jest wolna, silna i może się realizować, wielką kulturę i cywilizację. To dzięki podbijaniu bębenka ego wygrał Trump, Kaczyński, Orbán itd., ale oni mieli łatwo, bo nie niuansowali. Powiedzieli „koniec samobiczowania” i pojechali do przodu, za nic nie przepraszając. Ale jak pojechali! Jaka w tym poczuciu własnej godności jest siła! I to, jak mocno pojechali, pokazuje, jak bardzo ta siła jest potrzebna.

A teraz, gdy protestujący przeciwko nieliberalnym, autorytarnym Chinom Hongkong wymachuje brytyjskimi flagami, bo od jedności etnicznej z Chinami jest dla niego ważniejsza jedność cywilizacyjna, ustrojowa, jedność wartości z Zachodem, to tutaj, po lewej stronie, wszyscy nosy na kwintę i milczą. Cii, przecież kolonializm był zły. Tak, był zły, ale czas nauczyć się niuansować.

Samo rozpamiętywanie błędów i wieczna włosienica nikogo nie uratowała. Pierwsze pytanie, jakie zadaje psycholog po wysłuchaniu litanii lamentów i skarg pacjenta na nieszczęsne losy jego życia, brzmi: no dobrze, a co można z tego wyciągnąć pozytywnego?

Nawet jeśli więc ktoś na Zachodzie poczuje dumę z tego, że Hongkong woli czasy, gdy był z Zachodem połączony, niż czasy narodowego zjednoczenia pod chińskim trzewikiem, to się nie przyzna, bo się boi, że go zadziobią jako dzbana i kolonialistę, a prym będzie tu wiodła snowflake’owa lewica, niereprezentująca co prawda żadnego ludu poza ludem kółek wzajemnej lewicowej adoracji, za to moralizująca jak wiejski wikary. I zamiast tego będzie lamentował jak wszyscy inni, że Zachód się kończy, a autorytaryści, czy to chińscy, czy rodzimi, i tak nas wszystkich zeżrą.

Myślę, że potrzebujemy dumy, zadowolenia. Byle nie głupiego, jakie oferują trumpoidy tego świata. Ale wyleźmy w końcu z tej depresji, zapalmy światło.

#thewestwillriseagain

To samo, oczywiście, dotyczy Polski. Na lewicy manifestowanie jakiekolwiek zadowolenia z faktu, że przynależy się do tradycji konstruktu kulturowo-cywilizacyjnego zwanego Rzeczpospolitą spotka się z reakcją obrzydzenia i wymachiwania rączkami pokrytymi modnymi handpoke’owymi tatuażami w stylu minimalistycznym (nie czepiam się akurat dziar, sam takie mam). Bo nasza historia jest WYJĄTKOWO zła. Ale jakoś, na przykład, nie chce mi się wierzyć, że angielska Magna Charta, z której wszyscy są w Anglii dumni, była adresowana do mniejszych dzbanów niż nasze Neminem Captivabimus. I że wyzysk człowieka przez człowieka odbywał się w takiej Francji na przykład na innych zasadach. Owszem, nie stworzyliśmy wielkiej cywilizacji, jak Niemcy na przykład czy rzeczeni Francuzi albo Anglicy, sam się wielokrotnie śmiałem z polskiego kompleksu wyparcia tego faktu, ale znów – samokrytyka nie jest po to by wpadać w kolejne kompleksy. Odwrotne. Poza tym – utrzymywanie się w stanie ciągłego autoszowinizmu tylko dlatego, że ach, historia naszego peryferyjnego europejskiego kraju nie była taka jak się szanownym pięknoduchom by marzyło, że już od Piasta wegetarianizm i tolerancja odmienności, jest czymś z gruntu mało lewicowym. Bo jest pogardą dla słabego i nie do końca mającego fart w życiu.
Mnie się podoba być Rzeczpospolitakiem. Potomkiem tradycji nadnarodowego projektu, który daleki był od ideału, ale miał swoje wartości, i nie zawsze były one beznadziejnie. Na pewno nie częściej niż gdzie indziej.