Biedroń, czyli jak uciekając przed symetryzmem, wpadliśmy w inny symetryzm. Tylko że ojej, jaki fajny…

Całe to podniecenie Biedroniem, w tym moja intuicyjna przychylność, a przecież jest Biedroń śliskim populistą jak się patrzy, sprawia, że jeszcze bardziej śmiać mi się chce z mojego własnego tekstu pt. „Oskarżam” opublikowanego w „Gazecie Wyborczej” po wygranej PiS.

W tym tekście zarzucałem PiS-owi, że w imię osiągnięcia swoich politycznych celów nieodpowiedzialnie zaczął sięgać po tumaniące ludzi narzędzia, zamiast ludzi z otumanienia wyciągać. Bo wtedy jeszcze naiwnie wierzyłem, że taki jest obowiązek moralny władzy i ludzi do niej aspirujących.

Daleki jestem od symetryzmu, od zrównywania postulatów typu „opieka socjalna od kołyski po grób” z „rozliczyć autorów ludobójstwa na Narodzie Polskim”, „prawa kobiet” z „kobiety marsz do tradycyjnych ról” czy „rozliczyć sprawców łamania konstytucji” z „powsadzać morderców Prezydenta Tysiąclecia” albo „związki partnerskie dla wszystkich” z „precz z propagandą homoseksualizmu”. Nie, tutaj już nawet nie kierunek, a jakość haseł i ich osadzenie intelektualne jest innej klasy.

Być może trzeba było populistom odpowiedzieć taką samą salwą, jaką oni serwują. Jak CIA odpowiedziała KGB w ostatnim sezonie „Homeland”.

Bo cóż: Biedroń może dziś właściwie bezkarnie obiecywać, co chce: rządzić nie będzie, maksimum to współrządzenie z PO, a wtedy zawsze można powiedzieć, że „chciałem, ale ci liberałowie, rozumiecie…”.

PiS go przebijać nie może, bo rządzi. I chce rządzić dalej, więc z budżetu nie może zrobić złotego rozdania.

Biedroń, owszem, dzięki temu kopem zamknął drzwi pewnej narracji i narzucił własną. Przywalił mocno populistom ich własną bronią.

I pokazał nowy kierunek wyścigu. Odwrotny od poprzedniego, bo do tej pory wszyscy – poza Razem – się licytowali, kto jest bardziej bogoojczyźniany i tradycjolubny. Być może ten wyścig będzie trwał, ale, jak to rapował Magik, to wcale nie jest już jedyne, jedyne, jedyne.

Ale używając takich narzędzi, tworzy się innego rodzaju symetryzm.

Cóż poradzić: spokojna i merytoryczna debata publiczna na argumenty i poważne traktowanie obywatela przez polityków zostały, być może na jakiś czas, pochowane. Zanim się w Polsce tak naprawdę w ogóle pojawiły.

A jeśli demokracja nie jest grą na intelekcie wyborców, a na ich emocjach – to czy nadal jest tą samą demokracją, o której święte imię tak wszyscy walczymy? Czy nie jest to już jakiś kolejny zabawny ustroik, który coraz łatwiej obalić będzie wszystkim Putinom, Orbánom, Nazarbajewom czy Jarosławom tego świata?

Pójdę głosować, jasne. Ale traktować serio jakikolwiek rząd, urząd?

Dajcie spokój. Bądźmy poważni.