Kto wprowadził w Polsce język nienawiści

Nie mam wątpliwości, że obecnie wszystkie opcje polityczne biorą udział w ogólnym hejcie i sianiu nienawiści. Ale głupotą byłoby zapominać, kto już od lat 90. wprowadzał ten język do polityki.

I to nie był język prawicy.

To był język, który zalągł się akurat głównie wokół prawicy, bo tam, gdzie dążenie do hierarchiczności i skłonność do mocnych, konkretnych ocen, tam też środowisko właściwe do osadzania się ze swoim językiem, a był to język mściwości („wieszanie zdrajców”, „trzeba było wyrżnąć komunistów, a nie z nimi paktować”), paranoi (zdrajcy, pachołki, judasze, srebrniki, unijne ludobójstwo na narodzie polskim), małostkowości (resortowe dzieci, genetyczni patrioci) i zwykłej podłości (zarazki, gorszy sort). I Kaczyński, tworząc swoją opcję polityczną, oparł się nie na prawdziwej prawicy, a na tym, co się wokół niej zalęgło.

Odpowiedzi drugiej strony, jak to w bijatyce, były mocne, ale to były odpowiedzi. Do tego paranoja polityczna, nierealistyczne geopolityczne postulaty, wyżej skakanie niż biodra, którego zresztą opłakane skutki obserwujemy dzisiaj, gdy w Europie jesteśmy sami, nie licząc krótkotrwałych romansów z wykorzystującymi naszą naiwność i bezradność współgraczami Kremla typu Orbán czy Salvini.

Nie, naprawdę, potrzebne jest uspokojenie. I potrzebne jest, oczywiście, włączenie prawicowej myśli do puli propaństwowego myślenia o Rzeczpospolitej, ale do prawicy nie można zaliczyć niszczących instytucje tejże Rzeczpospolitej autorytarnych populistów o konserwatyzmie wyjętym z wyobrażeń o „złotym wieku”. Prawicowa myśl to Klub Jagielloński, a nie smutny przypadek walczącej z własną emocjonalnością i zasadami pisowni Krystyny Pawłowicz, która ze swojego nieszczęścia zrobiła, ku żenującej radości kolegów z PiS, publiczne porno, czy banalne przemyślenia Kaczyńskiego z „Polski naszych marzeń”. Prawicowość to nie szczujnia TVP czy pseudoprasowość wPolityce.pl, to nie prymitywizm i małostkowość Kościoła typu Rydzyk czy Jankowski, to nie mściwość pisowskich elit i ich nienawiść do wszystkiego, co inne, a potem wielkie zdziwienie – „czemu nas nie lubią, czyżby obłęd?”.

Obłędem jest, przykro mi strasznie, stawianie tutaj znaku równości.

I, last but not least, rozumiem, że ci, którzy weszli w wojnę polsko-polską już w czasie jej trwania, odbiorą to, co napisałem, jako zajęcie pozycji do strzału, bo z ich perspektywy już nie widać początku tej jatki. Ale on był. I miał to samo podłoże, o którym mówił ten wiersz:

„Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni.
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie! i patrzcie!

Z Belwederu na Zamek, tętnicą Warszawy,
Alejami, Nowym Światem, Krakowskiem Przedmieściem,
Idzie kondukt żałobny, krepowy i krwawy:
Drugi raz Pan Prezydent jest dzisiaj na mieście”.

Fragmentu o „trzymaniu za karki” nie chcę już wstawiać. Bo nie chcę, by ktokolwiek był za kark trzymany. Bo to są właśnie „metody wychowawcze”, które prowadzą do eskalacji.

Bo dziś taki język jest wszędzie. I wokół prawicy, i wokół centrum, i wokół lewicy.