O „incydencie” na briefingu Błaszczaka i ministrze potiomkinowskim

To ja byłem sprawcą, jak to ujęły media, „incydentu” podczas briefingu ministra Błaszczaka po Marszu Niepodległości. „Incydent” polegał na tym, że domagałem się od Błaszczaka konkretnej, a nie wykrętnej odpowiedzi na pytanie, czy nie widzi niczego zdrożnego w faszystowskich i rasistowskich, nienawistnych hasłach niesionych przez uczestników Marszu.

Nie byłem zresztą pierwszym dziennikarzem, który to pytanie zadawał. Postanowiłem, po prostu, Błaszczaka trochę pocisnąć. Do czego mam, jako dziennikarz, nie tylko święte prawo, ale jest to po prostu mój obowiązek.

Na próżno. Błaszczak zamiast odpowiedzieć, rozpaczliwie kluczył, a to wypominając odkrywczo, że POLITYKA nie jest medium wobec władzy pokornym (zupełnie jakby zaskakiwał go fakt, że w Polsce mogą istnieć media wobec władzy nieczołobitne, co już samo w sobie jest skandalem), a to wygadując jakieś dziwne rzeczy o „dziennikarzach zmieniających się w polityków”, co w kontekście całej sprawy – próby zmuszenia ministra, by jasno i rzetelnie odpowiadał na pytania prasy – zakrawa na groteskę. Z całego jednak kontekstu rozmowy wynikało jasno – nie widział.

Próbowałem dotrzeć do ministra Błaszczaka, który z pełnym samozadowolenia uśmiechem na twarzy głosił, że na Marszu Niepodległości nie działo się nic złego, ba, dobrze się działo, bo okazuje się, że można czcić święto spokojnie. Nie udało się. Mogliśmy tak piłeczkę odbijać w nieskończoność. Błaszczak jest bowiem ścianą, i prędzej się ręka od takiego odbijania zmęczy niż ściana.

Błaszczak, jeśli to prawda, że przehandlował spokój na marszach za legalizację symboli quasi-faszystowskich ugrupowań, zrobił najbardziej idiotyczną rzecz pod słońcem: wpuścił te organizacje do publicznej debaty i oddał im stolicę na czas święta narodowego, dając im trybunę tak gigantyczną, że zachodnia prasa określa ją jako największy faszystowski marsz na świecie. I zrobił tym samym z Polski dziwkę faszystów. Dziękuję ci, ministrze Błaszczaku. Pora zgodzić się z tym, co na pana temat powiedział swego czasu marszałek Dorn. I dodać, że Błaszczak nie jest ministrem, jest ministrem potiomkinowskim. Postacią wyciętą z tektury i posmarowaną mydłem, po którym wszystko zjeżdża. Jest też pożyteczym idiotą neonazistów, i to trzeba powiedzieć głośno.