My, szydzące pięknoduchy, a sprawa islamska

Czytam te socialmediowe i medialne zżymy, że ludzie głupi, że nie rozumieją, że się nie ma co bać imigrantów, ale – proszę wybaczyć – jak tu się nie bać, skoro ci sami ludzie, którzy się zżymają, ostrzegają ich przed konserwatyzmem, ale nie migranckim, tylko rodzimym?

Jak się nie bać, jeśli bardzo niewiele jest rzetelnych i szeroko dostępnych tekstów demitologizujących narrację migranckiego zagrożenia albo przynajmniej uczciwie kładących kawę na ławę: czekają nas blood, sweat and tears, ale innego wyjścia po prostu w długim terminie nie ma, a zamiast tego mamy często do czynienia z przekazem typu „migranci też lubią kotki” albo „konserwatywni muzułmanie wystąpili w TV przeciwko jeszcze bardziej konserwatywnym muzułmanom”.

Taki przekaz, owszem, jest potrzebny – jako odklinający. Ale nie wystarcza, i prawicy bardzo łatwo go zdyskredytować jako „propagandę”. Jak tu mieć własne zdanie, jeśli dopytujący określani są często z automatu nazistami albo – w najlepszym przypadku – ich pożytecznymi idiotami? Just asking. Bo zaczynam się czuć między swemi jak pomiędzy wrzaskliwymi obrońcami świętego dogmatu, a tacy zawsze, koniec końców, przegrywają.

A najgorsze, co można zrobić, to traktować ludzi z „buraka”, „naziola”, „Janusza” czy „Karyny” z wysoko inteligenckich pozycji typu „i tak nic nie zrozumiecie, kretyni”. Utożsamianie wielkiej części społeczeństwa ze stereotypowym obrazem „Karyny” czy „Janusza” jest zresztą tym samym, co utożsamianie 100 lat temu Czarnych z obrazem Murzyna z Blackface: czysty rasizm.

To całe przeciwstawienie się poprawności politycznej wobec kwestii islamskiej jest – jeśli spojrzeć szerzej – mechanizmem obronnym Zachodu, bezmyślnym czy nie, głupim czy nie. Mechanizm to mechanizm i jako taki nie zastanawia się nad sobą. I to od nas zależy, czy będziemy ten mechanizm (który będzie istniał, czy nam się to podoba, czy nie – a zresztą dlaczego ma nie istnieć) cywilizować, czy pozostaniemy jego wrogami. I tak będziemy przez niego traktowani.

I w efekcie nikomu nie pomożemy. Będzie wręcz odwrotnie – wzbudzimy jeszcze większą nienawiść przeciwko tym, których chcemy chronić, bo chronionych przez „system” czy jego „złogi” nienawidzi się jeszcze bardziej. A w historii zapiszemy się wyłącznie jako pięknoduchy i frajerzy, którzy w dodatku chcieli swoje pięknoduchowstwo wcisnąć innym w gardła siłą.