Rozszerzone samobójstwo Jarosława Kaczyńskiego i ostatnia szansa opozycji

Nie mam szczególnie wysokiego zdania o zdolnościach strategicznych Jarosława Kaczyńskiego, bo to, co wyprawia z pozycją Polski w Europie czy opętańcza i idiotyczna szarża na Tuska, nie przejdą raczej do annałów jako wyrafinowane partie politycznych szachów, ale nie sądziłem, że jest aż tak tragicznie. Przeceniłem Jarosława i pomyliłem się haniebnie.

Po międzynarodowej pozycji Polski pozostały zgliszcza, po polskich instytucjach i rządach prawa też, po państwowych mediach – nawet nie zgliszcza, tylko zaorana ziemia, po której radośnie hasają błazny. Jeśli każdy segment polityki jest montowany tak sprawnie jak Międzymorze, z którego za chwilę, po Czechach, kto tylko będzie miał głowę na karku, będzie zwiewał jak najdalej, nie chcąc być przez kraj – wariata i kretyna popchniętym do rozszerzonego samobójstwa – to, zaiste, świetlana przyszłość nas czeka.

Robi się nie tylko głupio i śmiesznie. Robi się niebezpiecznie, bo skrajni i paranoiczni prawicowcy, zamieniający czego się tkną w tragedię i robiący wszystko, jak bajkowy głupi Jasio, dokładnie na odwrót, przeciwskutecznie, niż chcą – to naprawdę rozszerzone samobójstwo. Dyrygowane przez zepsuty nadajnik, którego fale odbierają jego akolici: Jarosława Kaczyńskiego.

To nie jest głos hejterski. To jest bicie na alarm i próba obudzenia odrętwiałych i zahipnotyzowanych: jest tragicznie, a będzie gorzej. Poza niektórymi sektorami państwa, gdzie w miarę sensowni ludzie próbują w miarę sensownie działać wbrew populistycznej i zwyczajnie głupiej partyjnej retoryce (na szczęście jest między nimi ten kierowany przez ministra Morawieckiego) – cała reszta wije się w krwi i bebechach, które pisowska Polska sama sobie wypruła.

Gdy Duda ogłosił niepodległość, było to zachowanie tak drastycznie odmienne od jego dotychczasowej, zastanawiającej również, służalczości, że nie mogłem powstrzymać się od myśli, że cała ta gra mogła być opracowana od początku. W końcu to nic trudnego: umówić się, że najpierw robimy blitzkrieg, podpisujemy, co się da, zaogniamy, co bierzemy na klaty, stosunki z centrum i UE, a następnie wygładzamy to wszystko przez podzielenie się rolami: Jarosław obstawia prawą ścianę, od której, jak wiemy, nigdy nie lubi się za bardzo ruszać, a Duda – idealny do tej roli – odbija centrum. Osłabiając przy okazji i tak słabą opozycję. Taktyka trzy kroki w przód, jeden w tył to poza tym taktyka Orbána, a biorąc pod uwagę, że węgierski know-how PiS i tak w Polsce wprowadza, uznałem, że za pomocą tej prostej i łatwej w ogarnięciu gry PiS ustawił się na polskiej scenie politycznej na długie lata.

A tutaj – nie. Nawet chwyt tak prosty i, wydawałoby się, jedyny pozwalający PiS-owi wyjść z twarzą z całej tej awantury z sądami – nie był przez PiS przemyślany. Taktyka walca drogowego to nadal jedyna taktyka PiS. Między bajki, faktycznie, trzeba włożyć nadzieje na jakąkolwiek subtelność pisowskiej gry politycznej.

Oczywiście, wojna domowa w pisowskim środowisku może cieszyć, a jak wiemy z doświadczenia politycznego w Polsce, walka z Kaczyńskim to raczej walka na śmierć i życie. Jednak niektórzy „zdrajcy”, jak Ziobro czy Kurski, nałożywszy sobie na głowy odpowiednio grubą warstwę popiołu, wracali, owszem, na prezesa łono i kto wie, czy i Duda, który przecież ma bardzo słabe zaplecze, by długo walczyć – też nie będzie zmuszony powrócić. Ale jeśli nie – to trzeba zrobić wszystko, by go w te ręce z powrotem nie wepchnąć.

Byłaby szkoda, bo ten kraj potrzebuje mieć w końcu normalną, rzeczową, rozsądną i republikańską prawicę, opierającą się na sensownej myśli i sprawnie ją realizującej. Taką, z którą można się nie zgadzać, ale można również polemizować i wierzyć, że to, co robi, zrobi najlepiej jak potrafi. A nie taką prawicę, na której Kaczyński oparł swoją grę o tron: skrajną, paranoiczną, niekompetentną, fanatyczną i wpychającą Polskę w ręce Rosji, tak systemowo, jak geopolitycznie.

A opozycja musi zrobi wszystko, by się w końcu ogarnąć. Bo możliwe, że dla polskiej opozycji to ostatni moment, żeby skutecznie zadziałać. PiS jest w rozsypce, ma przeciw sobie coraz większą energię młodego pokolenia. Dopóki PiS nie zacementował jeszcze państwa dokumentnie, dopóki jakieś tam ostatki demokratycznych reguł jeszcze działają i jest szansa na wygraną w wyborach – trzeba działać, bo później może to być najnormalniej w świecie niemożliwe.

Najprawdopodobniej to ostania szansa, by pochować – tak jak zrobił to PiS przed wyborami – nielubianych polityków w szafach i pieczarach i postawić na nowych. Ustawić się w roli partii chcącej zmian. Zmian na lepsze, a nie na dawne, i to jest bardzo ważne, najważniejsze, by to w końcu zakomunikować.

By wyjść naprzeciw oczekiwaniom wyborców, którzy chcą zmian – i to wcale nie jakichś zagadkowych, tylko tych, które zasygnalizował już PiS: większa opieka społeczna, reforma działania aparatu państwowego, reforma sądów, stawianie sobie przez państwo ambitnych celów i realizowanie ich – tylko że nie każdy, kto popiera te, atrakcyjne przecież, hasła musi od razu być kopalnym konserwatystą, nacjonalistą i paranoikiem à la smoleński odłam prawicy.

To jest ostatni moment. Nie spieprzcie tego.