Załóżmy sobie nowe państwo. Mam nawet nazwę

Ileż można być tym Polakiem. Ja to bym nowe państwo założył. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie taki projekt. Wiślania. W sensie takim, że – a co tam! – odrzućmy tysiącletnią polańską okupację Małopolski, a jeśli Ukraina to nie Małorosja, to i my, Małopolanie, nie jesteśmy Małopolanami, tylko Wiślanami. Jak Słowacy – sięgamy do historii sprzed tysiąca lat i nawiązujemy w naszej tożsamości do Wiślan. Słowacy mogą oficjalnie sięgać do Wielkomorawian – to co, my nie możemy do Wiślan?

Więc precz z polańską okupacją, nie jesteśmy już Polakami, jesteśmy Wiślanami, domagamy się autonomii, później powywlekamy wszystkie różnice językowe, które nas odróżniają od Polaków. Mogli Mołdawianie sobie zrobić słownik mołdawsko-rumuński, w którym powywlekali regionalizmy i uznali, że w związku z faktem, że one występują – to te dwa języki są różne? Mogli. Mogli sobie Bośniacy, Serbowie, Chorwaci i Czarnogórcy uznać, że ten sam język to cztery różne języki? Mogli. Więc my też będziemy mieli swój, wiślański, choćby tym się różnił od polskiego, że się mówi „na pole”, a nie „na dwór”. Mamy już język, mamy naród – chcemy niepodległości!

Wszystkie te mitologie narodowe też sobie zbudujemy. Mogą mówić Macedończycy, że język mają tylko słowiański, a pochodzenie – całkiem starożytne, od Aleksandra? My też, jeśli chcemy, dokopiemy się do Celtów na przykład i przechrzcimy Tyniec na oryginalny Dun Thynne, bo tak się dawniej nazywał, kiedy to jeszcze Celtowie tu żyli. Albo ogłosimy się potomkami Wandalów – zdobywców Rzymu. Co nie wolno, jak wolno.

Tylko będziemy mądrzejsi od innych. Bo inni te swoje mitologie narodowe absolutyzowali, dorobili im aureole, nadali rangę boską wręcz – ale one, te mitologie, się kończą zaraz za fizyczną granicą państwa, które w naszej części świata, umówmy się, nie wyglądają zbyt efektownie. Ot, jakaś tam rzeczka, jakaś tam ścieżynka w polu, często-gęsto. Zagajniczek. Jak się może świętość kończyć jakimś płociwem, pod którym jeszcze jakieś porozbijane butelki często leżą czy – co gorsza – papiery po porozrywanych sztangach przemycanych fajek! Czy kondomy, do których nie udało się wlać spirytusu do przemycenia!

A jeśli przyłączać do państwa inne terytoria – to od razu problem, bo trzeba dowodzić zawsze tych wszystkich „odwiecznych związków z macierzą”, stawać na głowie, odmawiać innym mitologiom prawa bytu, a jako że wszystkie te mitologie są – generalnie – o kant tyłka potłuc, to wszyscy, którzy uzasadniają prawo tego czy tamtego do, jak to pisał Tuwim, „piędzi i rubieży”, robią z siebie idiotów. Ja bym zaproponował Europie Środkowej państwo narodowe 2.0. Niech nim będzie właśnie Wiślania.

Wiślania tym się odróżni od innych państw, że już na dzień dobry będzie miała świadomość, że jej mitologia to jest kwestia umowna. I że można ją zmieniać dowolnie. Wszystkie mitologie zresztą można dowolnie kształtować, tylko nikt się do tego nie przyznaje, każdy za to pieprzy, sam często nie wierząc w to, co mówi, że te mitologie to najprawdziwsza prawda. A my się będziemy przyznawać: kombinujemy, jak wszyscy inni, ale z otwartą przyłbicą.

Cała ta Wiślania będzie miała jeden cel: kto chce będzie się mógł do niej przyłączyć. A my będziemy zmieniali mitologię narodową za każdym razem, kiedy ktoś się do nas przyłączyć zechce. A przyłączyć się będzie mógł każdy. Nawet Wielkopolska czy Mazowsze! I może w ten sposób, gdy już wszyscy, zmęczeni tym gadaniem o sobie, że „ja jestem Czechem, ja jestem Słowakiem, ja – Polakiem, ja – Ukraińcem, ja – Niemcem” – zjednoczą się w Wielkiej Wiślanii, obejmującej jak największą część Europy – może w ten sposób uda się zhakować to uparte trwanie Europejczyków przy narodowych obsesjach i narodowych mitomaniach. Będziemy bowiem mieli wszystko: i mit narodowy, i państwo narodowe, i zjednoczoną Europę. Do dzieła!