Uległość, czyli jak daliśmy się zrobić

„Nie straszcie PiS-em i nie straszcie PiS-em – tak powtarzał PiS, strasząc jednocześnie wszystkimi innymi. Czy to PO, czy to genderem, czy to „lewactwem”. A my, „lewactwo”, „lewicowe (czy nawet centrowe, w każdym razie nie prawicowe) robactwo” – daliśmy się zrobić w wała tak cudownie jak nigdy.

Pozwoliliśmy wepchnąć sobie twarze w tradycyjną polską gnojówkę. Uświadommy to sobie, sobie. Daliśmy się zahukać. Pozwoliliśmy sobie, szanowni Państwo, wmówić, że to my jesteśmy agresywni i to my musimy się powstrzymywać, a nie ci, za którymi idzie prawdziwa mowa nienawiści. Oczywiście, że paskudnym i niegodnym byłoby odpowiadać atakującym w tym samym paskudnym duchu, w jakim oni atakują, ale nie powinniśmy byli jak dzieci dać się strollować, zarechotać, zatupać i zawrzeszczeć. Daliśmy sobie, mili państwo, wmówić, że to nasza narracja jest czymś wstydliwym, a nie narracja tych, z których strzyka histeria, zamordyzm i agresja.

W parlamencie nie ma już lewicy: są same prawicowe (nie licząc PSL) partie, a PO, główna partia opozycyjna, to podobnie jak PiS prawica postsolidarnościowa. Ale dla zwycięskich pisowców, którzy w czasie kampanii płakali, że nie są tolerowani, że wypycha ich się z debaty publicznej, to za mało. Tak, tak. Prawicowy Sejm to dla PiS sytuacja niewystarczająca. PO to lewacy, postkomuniści, stojący „tam, gdzie stało ZOMO”, w domyśle – nie żadna opozycja, tylko szkodniki do wytępienia, bo jak inaczej traktować partię zdrajców, kondominiarzy, komoruskich i kogo tam jeszcze. Daliśmy się zrobić jak dzieci. Jak gówniarze.

Daliśmy się Kaczyńskiemu wyrolować za sprawą tak prostackiego wału, że ręce opadają. Naprawdę. Jak można było dać się zwieść kolejnemu „złagodnieniu”, zapewnianiu, że nie zły Antek i toksyczny Jarek będą rządzili krajem, że to dobra jak chleb i puchata jak baranek Szydło będzie premierem, a Jarosław to może coś tam, ewentualnie, od czasu do czasu, doradzi. W końcu, do cholery, Szydło była twarzą tej kampanii. To Szydłowy, nie Kaczyński PiS ludzie wybierali. A gdy się okazało to, co od początku było wiadomo, że jaka tam Szydło – to nikt się po stronie pisowskiej nie oburzył. Co tam demokracja, co tam dobre polityczne zasady. Jaka Szydło, łochy, co wy, nie wiecie, kto za Szydło stoi? Nie kumacie, że to taka taktyka była? Toś frajer! I to cioranie jej publiczne przez Kaczyńskiego, to pokazywanie wszem wobec, gdzie też on Szydło ma i co sobie może z nią zrobić, jeśli zechce, i kogo na jej miejsce postawić. „Ona będzie premierem, ale na moich zasadach”. To po co te wybory w ogóle? Po co ta demokracja, jeśli chodziło tylko o to, by zachachmęcić? Zakombinować? Obejść? Wyrolować? Ale nie, nikt w PiS nie krzyczy, że miał być spokojny, centrowy rząd, a nie, *&^%$#, Macierewicz i Ziobro. Bo tak się robi politykę.

Daliśmy się oszukać tym, którzy w debacie publicznej reprezentują Kościół katolicki i którzy każdą krytykę przeciwko tej instytucji jako „atak”, atakując jednocześnie wszystko, czego Kościół nie popiera, i to bynajmniej nie po rycersku, a jak się da, czymkolwiek, co pod ręką: sztachetą, łomem, kaktusem, ogórkiem. I to daliśmy się oszukać zwykłym szarlatanom, oczajduszom, ciemnogrodzianom i, cóż począć, bałwanom.

Zabawa w Halloween? Niepolski obyczaj (tak jakby choinka była polska), poza tym demony opętują. Demony. Opętują. W XXI wieku. Cholera, tylko wiecie co, wygląda na to, że demony opętują tylko wierzących, więc najskuteczniejsza ochrona przed demonami to, jak się wydaje, zostać ateistą, bo ateistów jakoś demony się nie imają. Ale to tak na marginesie.

Szerzenie tolerancji wśród dzieci? „Homopropaganda”, w dodatku niegodna, bo przeprowadzana pomiędzy niewinnymi dziećmi. Przepraszam, ale gdyby to wobec Kościoła stosować ten typ podłej retoryki, to trzeba by było w twarz biskupom wygarniać, że co to za instytucja, która rekrutuje swoich członków wśród nowo narodzonych dzieci. Która nie argumentuje, tylko każe przyjmować dogmaty na wiarę, pod szantażem ognia piekielnego i anatemy i wmawia, że Bóg jest rodzajem terrorysty, który od stopnia czołobitności wiernego uzależnia, czy zrobi mu z życia kotlet mielony czy nie.

Daliśmy się oszukać jak dzieci. I to komu? Ciemnogrodzianom, tumanom, bałwanom.

Aktor Krzysztof Pieczyński ośmielił się powiedzieć publicznie, że Kościół katolicki „zahipnotyzował” 2 miliardy osób, bo cóż, jeśli zdjąć z Kościoła cechę jego wyjątkowości, którą sam na siebie Kościół chętnie wkłada, to cóż poradzić, faktycznie tak można to postrzegać. Kościół raczej niespecjalnie podważałby stwierdzenie, że w podobny sposób następnych kilka milionów zahipnotyzował, dajmy na to, islam. Kościół ogłosił aktora „opętanym nienawiścią”.

Ach, ci opętani nienawiścią wrogowie Kościoła, którzy chcą go wypchnąć z debaty publicznej. Ten biedny Kościół, który absolutnie nie chce tolerować ateizmu w przestrzeni publicznej, który w usianej krzyżami Polsce nie chce i nie może tolerować choćby kilku billboardów niosących treści ateistyczne. I rozwiązania społeczne, przez który proponowane są niespecjalnie mniej przerażające od wizji rosyjskiego jurodiwego geopolityka Aleksandra Dugina. W „Naszym Dziennniku”, medium, na którego łamach publikuje całkiem sporo polityków PiS, ksiądz Tadeusz Guz tak oto widzi pluralizm w Polsce:

Największą groźbą są oczywiście ideologie neomarksistowskiego genderyzmu. Nowy rząd musi oczyścić szkołę polską, uniwersytet polski i wszystkie instytucje edukacyjne i wychowawcze z deformacji ideologicznych, czy to jest kwestia neomarksistowskiego genderyzmu, czy różnych deformacji moralnych, jak liberalizm, libertynizm, relatywizm czy niszczenie godności Narodu, jego historii, czy też zafałszowywania dokonań polskiego Narodu, poniżanie polskości w niektórych mediach. Należy także powstrzymać falę bluźnierstw czy niszczenia naszej wiary katolickiej i symboli religijnych. To wszystko trzeba po prostu uporządkować w sensie prawno-moralnym. Nowy rząd musi zadbać o to, żeby w najważniejszych instytucjach Państwa nie dochodziło do ideologicznych deformacji…

I dalej:

Dopuszczenie aborcji w niektórych przypadkach w prawodawstwie RP oznacza w sensie duchowego rozumienia prawa, że dochodzi do zdrady polskiej racji stanu, i to w najgłębszej istocie. Powiedzieliśmy, że to Naród jest Suwerenem, zatem zgoda polskiego prawodawcy na uśmiercenie choćby jednego dziecka w łonie matki oznacza zasadniczą zdradę polskiej racji stanu. To jest zabijanie Suwerena, uderzenie w Naród.

Tak, taki Kościół ja też chciałbym wypchnąć z debaty publicznej, tak samo jak wypycha się z niej innego rodzaju ekstremistów. Chcę wypchnąć z debaty ludzi nawołujących do wprowadzenia zamordyzmu opartego na obsesyjnej, katocentrycznej fiksacji. Cała Europa radzi sobie doskonale bez religii w życiu publicznym, ograniczoną do życia prywatnego, aktywną w domach, sercach, duszach – tylko Polska sobie nie poradzi. Polska, w której, jak to powiedział kiedyś ówczesny premier Jarosław Kaczyński, bawiąc na Jasnej Górze, ludzie niewierzący są rzeczą „ekskluzywną”. A słowo „ekskluzywny” bynajmniej nie znaczyło w tym kontekście „luksusowy”.

Tak, takim ludziom daliśmy się oszukać. Tacy ludzie bowiem odwoływali się do wartości przez nas wyznawanych: tolerancji, pluralizmu. Zabrali je nam, wytarli sobie nimi twarze i wyrzucili w tę samą gnojówkę, w którą nas wepchnęli.

Ale nie tylko im daliśmy się oszukać. Daliśmy się orżnąć również tym nacjonalistom na prawo od PiS, którzy wmawiają nam, że nie mają nic wspólnego z nazizmem i faszyzmem, bo nazizm to socjalizm (jak twierdzi Ziemkiewicz), a faszyzm to we Włoszech. Tymczasem salutują sobie salutem rzymskim, malują na ścianach starożytne symbole słońca, kopiują nazistowskie plakaty, maszerują w mundurach centrami miast, a ponad nimi unosi się ten sam smród nienawiści, agresji, prymitywnego odrzucenia, co nad tamtymi, w latach 30. – i rechoczą nam w twarze.

Niestety. Daliśmy sobie narzucić narrację. Pozwoliliśmy sobie odebrać głos. I to komu? Ludziom, dla których demokracja jest tylko wydmuszką. Dekoracją teatralną, potrzebną tylko po to, żeby się pokazać światu. Żeby świat nie potępił jednoznacznie, bo na to, jak intuicyjnie czują, jednak ich nie stać.

I teraz musimy pozbierać do kupy resztki własnej narracji, jeśli ją jeszcze mamy. I nie może to być narracja histeryczna. To musi być narracja rzetelna, taka, za którą stoi żądanie porządnego, europejskiego państwa, które szanuje swoich obywateli, prowadzi z nimi dialog, nie nadużywa wobec nich władzy, nie stawia pod publicznym pręgierzem, nie mydli oczu sekciarską wersją katolicyzmu, nie robi z nich idiotów, nie upraszcza.

Musimy, bo Ciemnogród zrobił z nas popychadła. Bo mu ulegliśmy. Bo zapomnieliśmy języka w gębie i daliśmy się zaszczuć.