Dziura w płocie Viktora Orbana. Jak wygląda wędrówka ludów

Wjeżdżając do Budapesztu, spodziewałem się miasta opanowanego przez barbarzyńców. Tak przynajmniej wynikałoby z poziomu histerii na polskich forach i społecznościówkach, z których rozlega się, na grozę, bicie w dzwony: idą. Idą.

Ciągną, a nad ich skudlonymi głowami ciężko się unosi smród końca cywilizacji i niemytych ciał.Granica Serbii i Węgier. Przerwa w granicznym murze, przez którą uchodźcy przedostają się na WęgryNic z tego: Budapeszt był spokojny jak zwykle. Albo niespokojny jak zwykle. Hipsterzy i dandysi kręcili się pomiędzy bagietkarniami i dizajnerskimi knajpami, jedli bajgle z kaczą wątróbką. Kierowcy zajeżdżali sobie wzajemnie drogę. Polscy plecakowcy szukali miejsca, w jakim by można spokojnie nad Dunajem wypić wino. Rosyjscy, niemieccy i amerykańscy turyści kręcili się po obu stronach rzeki, a bogate witryny, absolutnie niesplądrowane, błyszczały w najlepsze.

Nie, nie szydzę. Nie ironizuję nawet. Nie mam nic przeciwko wielkomiejskiemu, europejskiemu stylowi życia ani błyszczącym witrynom. Czemu miałbym mieć. Chodzi mi wyłącznie o to, że gdybym naprawdę miał dostosować swoją percepcję do tonu polskiej debaty publicznej dotyczącej imigrantów, musiałbym być zaskoczony, że Budapeszt nie przypomina Rzymu opanowanego przez Wandali. I że na Vaci utca, jak w średniowieczu w ruinach Forum Romanum, pasterze w kożuchach nie wypasają kóz przypędzonych z dalekich, dzikich krain. Że te kozy nie pogryzają kwiatków z kwietników i przystrzyżonych trawników. Że przez Most Elżbiety nie ciągną ponure procesje czarnowłosych i śniadych ludzi w podrabianych adidasach, bazarowych dżinsach, z dżihadzkimi brodami i mordem w oczach. I że nie pędzą przed sobą czarnych worków z dziurami na oczy, w których mieszczą się kobiety. Tak, też się tego boję, jak wy wszyscy. Ten obrazek islamskiego końca cywilizacji jest wdrukowany również w moją głowę. Ale go tam nie zobaczyłem. Szczerze mówiąc, poza dworcem Keleti nie widziałem w Budapeszcie pół uchodźcy.

*

Ale dworzec Keleti mnie jednak zaskoczył. Wiedziałem co prawda, że większość uchodźców opuściła już Keleti, ale nie spodziewałem się, że dworzec będzie mniej więcej taki jak zawsze. Czyli w miarę porządny, ale lekko przybrudzony, wyglądający na trochę zmęczony całym tym przepompowywaniem Keletu w Nyugat, obsługiwaniem całej tej gorszej strony Dunaju i służeniem za punkt przerzutowy na odwiecznej trasie wędrówki z Rurytanii, Bordurii, Syldawii i wszystkich Boratostanów do krain Śródziemia.

Cudów, myślałem, nie ma. Jak wędrówka ludów, to wędrówka ludów, i to nie jest tak, że tabuny ludów spoza cywilizacji, zalągłszy się w jednym miejscu, który w dodatku uważają za punkt strategiczny, po prostu go opuszczą i śladu po nich nie zostanie. I cudów nie było. Został nie tylko ślad, ale i sami uchodźcy, których aż tak znów mało nie było. Kilkaset osób. Niektórzy kręcili się w okolicy peronów, inni w podziemnym przejściu. Stały tam namioty igloo, działał darmowy internet i punkt ładowania komórek. Ale nie było tłumów. Miejsca było sporo. Przechodnie kręcili się między imigrantami. Wolontariusze Migration Aid rozdawali jedzenie. Można ich było poznać po białych, gumowych rękawiczkach naciągniętych na dłonie. Wyglądali w nich trochę jak postaci z kreskówek Disneya. Ubrania z donacji leżały w stosach. Można było przebierać.

Migranci byli nieco przygaszeni i zmęczeni. Pociągi do Wiednia i Monachium już jeździły, kupowali więc bilety, ale wielkich kolejek przy kasach nie było. Kilku wolontariuszy tłumaczyło im na angielski rozkład jazdy. Policjanci strzegący peronu trochę się nudzili i byli wyraźnie zmęczeni. Kręcili się też po okolicy policjant niemiecki i austriacki. Trzymali się razem i chichotali z czegoś po niemiecku. Węgierscy gliniarze myśleli chyba, że z nich i cięli w nich podejrzliwymi spojrzeniami. Nie chcieli rozmawiać. Ani Niemiec, ani Austriak, ani Węgrzy. Wywracali oczami i mówili, żebym sobie poszedł pogadać do „police press”. W sumie im się nie dziwiłem. Cały dzień siedzieli na dworcu i cholera ich już brała. Na ich miejscu też by mi się gadać nie chciało.

W zasadzie to wszystko mamy – mówił Viktor, Amerykanin węgierskiego pochodzenia, brodaty i szeroki jak krasnolud, wolontariusz Migration Aid. – Woda jest, ciuchy są. Ciuchów jest tyle, że bezdomni z Budapesztu też korzystają. I to jest zresztą okej, bo pomoc jest dla wszystkich. Czemu mieliby nie korzystać. Ale wiesz – ściszył głos – pomagają głównie studenci z Erasmusa, obcokrajowcy. Węgrów prawie tu nie ma… – Viktor robi minę typu „you know what I mean, man”, i w tym momencie minęła go wolontariuszka głośno mówiąca po węgiersku. Mina Viktora zmieniła się w minę mówiącą: „no okej, ale to nie jest reprezentatywne”.

Teraz – mówił Viktor – to już jest spokój. Nie mam w oku miarki, ale jeszcze niedawno było tu ze trzy tysiące osób. Było dość trudno, ledwie wyrabialiśmy, ale w sumie najgorsze, co się działo, to próby kradzieży wody z magazynów. Komuś się w kolejce stać nie chciało.

A były jakieś problemy wynikające z… – zastanowiłem się, jak to ująć – … konserwatywnej postawy wyznawców islamu? – Wyrecytowałem.
Viktor się zamyślił.

Noo – powiedział – kilka razy było tak, że ustawiały się dwie kolejki po wodę czy jedzenie: jedna mężczyźni, druga – kobiety z dziećmi. Ale poza tym to jestem trochę zaskoczony, bo nawet się nie modlili, nie widziałem tych wszystkich dywaników i kłaniania się w stronę Mekki. Wiesz, tu najwięcej jest Syryjczyków i Irakijczyków, a to do niedawna były świeckie państwa.

Inni wolontariusze też mówią, że najgorsze przeszło, ale że w porównaniu z najazdem barbarzyńców, o jakim trąbiły media, to sytuacja była w miarę spokojna.

Widziałem, że przychodzili tutaj tacy, którym wydawało się, że zobaczą piekło, przynosili aparaty – mówi mi jakiś chłopak kręcący się przy rozdawaniu wody. – Kręcili się, rozczarowani, robili parę zdjęć śpiących na ziemi ludzi i wychodzili.

Ja też nie bardzo miałem co fotografować. Zrobiłem zdjęcie kilku namiotów pod wielkim świecącym neonem z napisem „Burger”, zrobiłem zdjęcie kilku dzieciaków grających w piłkę, sterty ubrań, pomiędzy którymi kręciło się kilka wybrzydzających i przebierających osób. Jakaś kobieta w chuście na głowie podtykała wolontariuszce pod nos jakiś ciuch i mówiła coś z pretensją w głosie. Wolontariuszka była zniecierpliwiona i trochę wkurzona, ale powściągała nerwy.

Ma’am – mówiła zimnym, zmęczonym głosem. – Proszę po prostu wziąć coś, co pani odpowiada.

*

Na peronie stały pociągi do Wiednia i Monachium. Imigranci, z biletami w rękach, podeszli pod bramki. Policjanci ocknęli się z letargu, jakby ktoś ich włączył. Obstawili przejście i razem z kolejarzami sprawdzali bilety. Wpuszczali tylko tych, którzy mieli miejscówki.

Skandal! – oburzała się jakaś dziewczyna. Towarzyszył jej czarnobrody chłopak o wyglądzie tak hipsterskim, że gapiono by się na niego z otwartymi ustami nawet na Zbawiksie. – Sprzedają nam takie bilety w kasie, a my za nie płacimy! I teraz się okazuje, że są nic nie warte? To po cholerę je sprzedają?

Policjanci popatrzyli po sobie i zrobili dla nich wąskie przejście.

Wchodźcie – powiedzieli, i dziewczyna z chłopakiem weszli. Być może przez to ich hipsterstwo policjanci nie byli w stanie orzec, czy są imigrantami, czy na przykład starymi i dobrymi obywatelami, dajmy na to, Norwegii, Holandii czy Francji. Obywatelami Schengen. Albo Amerykanami. Ludźmi Zachodu w każdym razie. Choć z ewidentnie Middle-Eastern heritage, ale było to heritage już oswojone, zachodnie. W ich oburzeniu było coś swojskiego, codziennego, w stylu „panie, co pan mi tu”. Więc na wszelki wypadek ich wpuścili.

Ale przyznać trzeba, że wpuszczali też innych. Trudno powiedzieć, według jakiego klucza. Chyba bez klucza po prostu. Ty wchodzisz, ty nie. A, dodajmy, wszyscy niewpuszczeni byli w takiej samej sytuacji jak hipsterzy. Wszyscy mieli bilety, ale bez miejscówek. Szczerze mówiąc, byłem zdziwiony, że ci odrzuceni reagują tak słabo. Że nie krzyczą i nie próbują się wedrzeć na peron. Że do białości nie wk**wia ich, jak wk**iłoby zapewne wielu ludzi, czy to w Polsce, czy to na Węgrzech, to typowo wschodnioeuropejskie podejście: w kasie można, owszem, kupić bilet, ale kasjer już nie poinformuje cię, że warto by do tego kupić też miejscówkę, bo bez miejscówki nie pojedziesz. Chociaż niewykluczone, że kasjerzy ich informowali, że miejscówek już nie ma, a oni kupowali i tak. Może kasjerzy przemawiali do nich wyłącznie po węgiersku, bo inaczej nie umieli. A może imigranci ignorowali fakt braku miejscówek i myśleli, że jakoś to po prostu będzie.

Powiedzieli, że nie ma miejsc – powiedział mi chłopak, krępy Irakijczyk, który odbił się od granatowego muru policjantów. – To po cholerę sprzedawali mi bilet? Nie rozumiem tego. Mam nadzieję, że można jeszcze go oddać. To sporo kasy…

Jako wschodnio-czy-tam-środkowo-europejczyk, znający wschodnio-czy-tam-środkowoeuropejskie realia, nie chciałem go rozczarowywać. Zresztą, pomyślałem, być może sam tego biletu nie kupił. Ludzie, którzy zgłaszają się do wolontariuszy z chęcią pomocy imigrantom, są przez tych wolontariuszy kierowani do kas, żeby kupili imigrantom bilety. Bo wszystko inne, jak dotychczas, na Keleti jest.

I co teraz zrobisz? – Spytałem Irakijczyka.
A co mam zrobić – wzruszył ramionami. – Jutro spróbuję.
Good luck – powiedziałem, bo co miałem powiedzieć.
Good luck… – parsknął.

*

Nie chcą się na Węgrzech rejestrować – powiedział mi Viktor – bo boją się, że jeśli się tu zarejestrują, to już tu zostaną. Albo jeśli wyjadą, to właśnie na Węgry zostaną deportowani. A oni bardzo tego nie chcą. A Orbán z kolei mówi tak: nie ma rejestracji – nie ma pomocy. Wiesz – ścisza głos – chodzi pewnie o pozyskanie większej kasy na pomoc dla imigrantów…

Ale to jest przecież dla Orbána niewygodne – odpowiadam. – Przecież po cholerę miałoby mu zależeć na tym, żeby się tu rejestrowali. I żeby mu ich tu deportowano.

Viktor patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem.

No taaa… – mówi. – No nie wiem. Ale wiesz, ta kasa na pomoc… Zresztą – zmienia temat. – Nikt z rządu nie pomaga. Nikt z państwa. Nawet Czerwony Krzyż. Przyjechali raz, popatrzyli i pojechali. Pewnie im Orbán zagroził, że jeśli zaczną pomagać, to im podetnie finansowanie…

Tę historię o Czerwonym Krzyżu, brzmiącą jak totalna teoria spiskowa, usłyszeć miałem jeszcze wiele razy. Widziałem jednak ich logo na obozie dla uchodźców w Röszke, miejscu, w którym uchodźcy przekraczają granicę i gdzie mieszczą się obozy, a na swojej stronie internetowej węgierski Czerwony Krzyż zamieszcza informacje o pomocy udzielanej uchodźcom. Informacja jednak jest z połowy lipca, a szczerze mówiąc, nie widziałem ich ani na Keleti, ani w obozie przejściowym w Röszke, czyli tam, gdzie bardzo by się przydali.

A z jakich krajów jest najwięcej osób? – pytam Viktora.
Syria – mówi on. – Irak, Afganistan, Pakistan…
A czy zdarza się, że ludzie podszywają się pod Syryjczyków? Bo wiadomo, opinia jest taka, że oni dostają azyl z automatu
Wiesz, mnie jest trudno ocenić, czy na przykład Irakijczyk udaje Syryjczyka – mówi Viktor. – Nie jestem specem od Bliskiego Wschodu. Ale jasne, słyszy się takie historie. Że ktoś wyrzuca dokumenty, a potem twierdzi, że je ukradziono i mówi, że jest z Syrii. Ale wiesz, każdy może coś takiego opowiadać… To jest teoretycznie możliwe, i jak udowodnisz, że tak jest albo nie jest?

*

Wielu Syryjczyków jednak trudno pomylić z kimś innym. Stylem, ubiorem i fryzurami przypominają bardziej mieszkańców Śródziemnomorza czy Bałkanów niż stereotypowych mieszkańców Bliskiego Wschodu. Podobnie jak Libańczycy. Wielu zresztą uchodźców, którzy tu, w Röszke, kłębili się na ziemi, między namiotami, reklamówkami i śmieciami, wyglądało tak, że gdyby wyjąć ich z kontekstu tego nieszczęsnego tymczasowego obozu i wstawić w ulicę jakiegokolwiek serbskiego czy węgierskiego miasteczka, niespecjalnie różniliby się od jego mieszkańców. Bardzo często to ten kontekst właśnie naklejał im łatkę: to uchodźcy. Migranci, uciekinierzy. Zaraza dla jednych, godni współczucia biedacy dla innych.

Siedzę tu już dwa dni – mówiła mi Syryjka o punkowym sznycie, w trampkach i obcisłych legginsach – a matka czeka na mnie w Kopenhadze. A nawet nie dotarłam do prawdziwego obozu, siedzę tutaj, na ziemi, marznę w nocy jak cholera. I nie wiem nawet, kiedy będę mogła się umyć.

Ten tymczasowy „obóz” to faktycznie dramat. Sąsiednia wieś, Röszke, jest wyczyszczona, wypielęgnowana, ładniutka i wygląda jak lepsze Niemcy. Jeździłem po uliczkach i jak zawsze brała mnie cholera, że w Polsce nikt w ten sposób nie potrafi zająć się przestrzenią publiczną. Czego nam brakuje, że nasze ulice przypominają bardziej miejsca, z których pochodzą ci ludzie w obozie, niż ulice sąsiedniego kraju w Europie Środkowej. Na ulicach Röszke panowały taki spokój i pustka, jakby wszyscy nagle wyparowali w efekcie jakiegoś termojądrowego wybuchu. Tych nielicznych ludzi, których spotykałem, pytałem, jak dojechać do obozu i gdzie znajdę wolontariuszy.

Wolontariusze? – żachnął się jakiś siwy facet na ulicy – Wie pan, gdy do ich stolika w kawiarni podchodzą Cyganie, to ich odganiają, a imigrantom pomagają, bo to teraz modne. Tak to jest z tymi socjalistami.

W budynku lokalnej administracji nie było mera. „Będzie w piątek” – powiedziano mi. Chłopak w białej koszuli siedzący ze smutnymi oczami za biurkiem powiedział mi, że Röszke nie ma jak imigrantom pomagać.

Karetkę możemy czasem wysłać – powiedział. – Jak coś się poważnego stanie.

*

Kawałek za Röszke, pustym i pięknym, zaczyna się dramat. To rozdeptany kawał węgierskiego stepu, otoczony kordonem policjantów. Stoją ramię przy ramieniu, z kieszeni na udach sterczą im butelki wody. Są zmęczeni jak cholera, ale przede wszystkim znużeni. Ileż można stać bez ruchu pośrodku nudnego stepu. W dodatku trywialnego, bo ojczystego. W środku ich kordonu próbują jakoś funkcjonować imigranci. Siedzą wokół namiotów, kręcą się w kolejkach do kilku ubikacji, do wody i jedzenia wydzielanego przez wolontariuszy. Próbują jakoś schronić się przed wiecznym i znużonym okiem policjantów, którzy gapią się na nich – bo na co innego mają się gapić. Imigranci próbują nie zwracać na nich uwagi. Na nich i na hordy dziennikarzy, którzy roją się wokół nich z długimi pyskami aparatów. A ja, czując się jak kretyn, jak zawsze w takiej sytuacji, między nimi. To drugie jest trudniejsze. Co chwila ktoś z uchodźców chowa twarz w dłoniach.

Ali, Syryjczyk, mówi perfekcyjnym angielskim. Przyjechał z żoną i małym dzieckiem. Jak wielu, rozjaśnił sobie trochę włosy, które teraz są rude.
Człowieku – mówi – ja chcę po prostu mieć normalne życie. Żonę, dom, żółtego psa, jak na amerykańskich filmach.
Labradora – mówię.
Labradora. Uciekam z własnego kraju przed tymi islamistycznymi pojebami, a tutaj wszyscy się boją, że jestem islamistą i im podpalę Europę. Jadę do Szwecji, tam jest spokojnie, a ja chcę spokoju. To znaczy – mówi – mam nadzieję, że jadę do Szwecji.

Starszy pan, który siedzi przed namiotem na skraju obozowiska, również Syryjczyk, jedzie do Niemiec, bo ma tam rodzinę, a w domu w Syrii – wyłącznie barbarzyńców, którzy ścinają ludziom głowy i handlują ludźmi jak bydłem. Grupa afgańskich chłopaków jedzie, generalnie, za Zachód. Nie bardzo wiedzą, gdzie dokładnie, ale mają po kilkanaście lat i życie przed sobą, a w Afganistanie, jak twierdzą, żyć się nie da. Nie chcę im mówić, że prawdopodobnie jako pierwsi odbiją się od urzędu imigracyjnego. Algierczyk, który podróżuje w towarzystwie dwóch spotkanych w drodze Sudańczyków, jedzie do Francji, gdzie ma brata i widoki na pracę. Sudańczycy słabo mówią po angielsku i jadą do Niemiec.

Jadą teoretycznie. Bo na razie czekają, aż zostaną przeniesieni do prawdziwego obozu z tego przerażającego, płaskiego miejsca otoczonego, dzień i noc, policjantami. To znaczy – do wojskowych namiotów otoczonych wysokim, drucianym płotem. Co się z nimi stanie później, czy puszczą ich dalej, na Keleti, do Wiednia i Monachium – nie wiadomo.

Raz na jakiś czas podstawiane są autobusy przewożące ludzi do obozu. Uchodźcy tłoczą się przy nich: chcą się umyć, wyspać w jako takich warunkach. To właśnie w takich momentach puszczają nerwy: i uchodźcom, i policjantom. Ale otwartej agresji nie ma, wyłącznie pchanie się i odpychanie. Czasem jakieś przekleństwo wymamrotane przez zaciśnięte zęby. Nad tłumem unoszą się długie pyski kamer i ekranów komórek. Jakiś starszy, wąsaty mężczyzna stoi w drzwiach autobusu i krzyczy. Straszny krzyk. Nie wiem, czy oddzielono go od rodziny, czy zostawił na ziemi dobytek, którego nie zdążył zabrać ze sobą. Drzwi się zamykają, autobus odjeżdża. Ci, którym nie udało się wejść, gwiżdżą.

Ludzie są sfrustrowani – mówi Ali. – W nocy marzniemy na kość, toalet mało, nie ma jak się załatwić. Czujemy się jak niebezpieczne i pilnowane zwierzęta, otoczeni przez gliny, obfotografowywani z każdej strony. Długo byś tak wytrzymał? Ty możesz tu wejść i wyjść kiedy chcesz, ja i moja rodzina możemy tylko wejść. Wszyscy poza tym czują się przegrani. Bardzo wielu straciło kupę pieniędzy na jakichś mafiozów, którzy obiecywali, że zawiozą ich tu czy tam, brali pieniądze i znikali. To mafia, człowieku. Ja na przykład zapłaciłem człowiekowi, który miał mnie i moją rodzinę zawieźć do Budapesztu. Wziął pieniądze, dużo pieniędzy, i zawiózł mnie na policję. No i wylądowałem tu. A pieniądze? – zapytałem go. – Jakie pieniądze? – odpowiedział.

I co dalej? – pytam.
A ja wiem, co dalej? – wzrusza ramionami Ali. – Nie mamy pojęcia, co z nami Węgrzy zrobią, ale raczej nie puszczą zbyt szybko. Poza tym nikt, ale to nikt nie chce zostać na Węgrzech. Ludzie są uprzedzeni. Węgierscy policjanci są, jacy są, ja osobiście uważam, że nie aż tacy źli, ale ludzie ich nie lubią. Widzą to tak: Węgrzy są źli, bo nas tu trzymają, w tych potwornych warunkach, a Serbowie byli okej, bo nas puszczali, mówili: idźcie, idźcie, idźcie. Po prostu chcieli żebyśmy wyszli z ich kraju, ale to było też po naszej myśli, a ci tutaj… Dlatego właśnie co chwila ktoś ucieka: nikt nie chce tkwić w tym obozie Bóg wie ile. Wszyscy mają jakieś plany, cel.

W nocy z poniedziałku na wtorek uciekło kilkaset osób: poszli na Budapeszt autostradą, którą władze zamknęły. Uchodźców wyłapano, wsadzono w autobusy i przywieziono z powrotem do Röszke. W ten dzień, w którym tam byłem, część imigrantów również spróbowała uciekać: przerwali kordon i wbiegli w otaczające obozowisko spalone od słońca słoneczniki. To właśnie wtedy węgierska dziennikarka z prawicowego medium podstawiała im nogi. Policjanci rozbiegli się za imigrantami: tamci mieli mało szans.

Pobiegliśmy za nimi – opowiadał mi dziennikarz, operator, którego spotkałem na miejscu. – I widzę taki obrazek: w słonecznikach kuca rodzina, a kawałek dalej stoją gliniarze i się rozglądają. Rodzina patrzy na mnie błagalnie i kładzie palce na ustach: ciii. Taki fajny obrazek by był – wzdycha operator. – No ale przecież nie mogłem tych ludzi wystawić. Poszedłem dalej, nawet prezenterowi nic nie mówiłem…

*

Szedłem w stronę orbánowskiego płotu, który Węgrzy zbudowali na granicy z Serbią. Blaszana kreska błyszczała w słońcu na horyzoncie. Ale tutaj, w Röszke, kreska się szczerbiła, by w pewnym momencie w ogóle zniknąć: była to wyrwa, którą biegły tory kolejowe. Tą wyrwą właśnie szli na Węgry imigranci. Pod czujnym okiem serbskich i węgierskich policjantów. Szły – rodziny, samotni faceci. Jakiś mężczyzna w kapeluszu prowadził ślepca z laską. Byli fotogeniczni, więc dziennikarze obstąpili ich momentalnie.

Nie wiem, jak Europa wyobraża sobie imigrantów, ale mam wrażenie, że jak armię, w której każdy jest na obraz i podobieństwo Hasana z Ulubatu, brodatego olbrzyma, który pierwszy wdarł się na mury Konstantynopola. Nie, nie można było udowodnić, że ci kolesie, którzy podskakiwali z radości, gdy wkraczali na węgierską ziemię, nie wiedząc jeszcze, co ich czeka w obozie w Röszke, nie byli terrorystami, którzy zetną nam wszystkim głowy. Ale wyglądali po prostu na kolesi, którzy przeszli długą, męczącą drogę i, wyczerpani i ledwo żywi, ochoczo pozdrawiali każdego, kto ich mija, szukając w ich oczach ludzkich odruchów.

Niektórzy nieśli na ramionach dzieci, inni prowadzili starszych albo utykających. Uśmiechałem się do nich. To nie była nawała zerwanej tamy, to był ciurkający, kontrolowany przez policję przeciek, choć, owszem, ciurkał długo i nieprzerwanie. Pytali, w którą stronę iść. Co ich czeka. Gdzie ich ulokują. Jak długo będą musieli siedzieć w obozie, zanim ich Węgrzy puszczą w dalszą drogę.

Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co im mówić. Czy pokazywać im drogę do obozu, czy raczej radzić, żeby przedzierali się do Keleti, dopóki nie ma tam tłumów? Choć na przedarcie się samodzielne, szczerze mówiąc, szans specjalnych nie mieli, za to ryzykowali sporo, że ktoś ich wyroluje, wsadzi do ciężarówki, cholera wie co jeszcze? Z drugiej strony – w obozach mieli zapewnione pożywienie, nocleg – i wpadali pod szorstką, bo szorstką, ale opiekę kraju Unii Europejskiej, do której przecież szli. W porządku, opieką trudno to było nazwać, ale – wcześniej czy później – musieli zetknąć się z europejskim oficjalnym systemem, choć zapewne lepiej z austriackim bądź niemieckim niż węgierskim.

Nie miałem pojęcia, co im mówić. Serio. Więc po prostu mówiłem, że nie wiem. Ostrzegałem, jak wygląda sytuacja w obozie przejściowym i mówiłem, gdzie on jest. Im trochę uśmiechy spełzały z ust, ale szli dalej.

Ale wielu tych, którzy zobaczyli obóz – wracało. Wracali do Serbii i mówili, że Węgry to nie jest najlepsza droga do Europy. Znajdą – mówili – lepszą.

Jaką? – Pytałem.
Jakoś to będzie – uśmiechali się ciężko.