Straszenie Jarosławem, czyli Polska jako środkowoeuropejska wersja Rosji

Można nie straszyć PiS-em, jasne. Można jednak też sobie wyobrazić, co będzie, gdy ta partia dojdzie do władzy – najpierw instalując sobie prezydenta, a później wygrywając wybory.

PiS jest, mało to odkrywcze, najbardziej rosyjską z polskich partii. Można, czemu nie, wyobrazić sobie nawet, że gdyby nie geopolityczne położenie Polski, to PiS byłby partią prorosyjską albo choć z Rosją sympatyzującą. Jak inne tego typu, konserwatywno-nacjonalistyczne (swój nacjonalizm pudrujące „patriotyzmem”) partie w Europie Środkowej. Którym – podobnie jak Putinowi – wydaje się, że demokracja służy do tego, by przejąć dzięki niej władzę i nie przejmować się już takimi niuansami jak system checks and balances, neutralność światopoglądowa i tak dalej.

Joachim Brudziński, jeden z PiS-owskich wysokich oficerów, mówił kiedyś w jednym z wywiadów, że „Polacy powinni uczyć się od Rosjan patriotyzmu”. Świetny pomysł, Brudziński. Uczyć się putinowskiego patriotyzmu: bezrefleksyjnego, na urrra, niedopuszczającego innych punktów widzenia niż „najmojszy”, bojącego się zaglądania do własnej szafy, żeby przypadkiem nie zobaczyć tam trupów.

A biorąc pod uwagę instrumentalne traktowanie prawa przez PiS w ciągu dwóch lat rządów, wydaje się, że zażarłaby również putinowska fasadowa demokracja. Demokracja traktowana czysto użytkowo, jako zestaw narzędzi używanych przez Zachód, więc i przez nas, bo taki jest zwyczaj, że małpujemy zachodnie wzorce bez specjalnego zrozumienia, do czego one dokładnie służą i używając ich zupełnie inaczej. Nie zdając sobie sprawy, że próbując zrobić Zachód w wała, że niby – o proszę, mamy demokrację, ale używamy jej inaczej niż wy, w gruncie rzeczy robimy w wała samych siebie. Bo to tak jak jeść zupę widelcem, a kotlet łyżką.

Bo jeśli nie jest nam potrzebna demokracja z jej duchem, to równie dobrze moglibyśmy zainstalować sobie u siebie autorytaryzm w stylu Franco czy Pinocheta, tylko że we wschodnioeuropejskiej, sinojesiennej wersji. Kościoły we mgle, pątnicy w błocie i portret wodza na drewnianym płocie. Zresztą pielgrzymki polskich prawicowców do umierającego generała Pinocheta potwierdzałyby takie intuicje.

No ale Rosja jest wrogiem i koniec. Jest wrogiem, ale najwyraźniej takim, któremu się trochę zazdrości. Bo w końcu to Rosja, a nie Polska, pokazuje Europie swoją „asertywność”, jest „prawdziwie patriotyczna” i „oparta na tradycyjnych wartościach”. Kaczyński co prawda owija w bawełnę, dowodząc, że ideałem jest dla niego Bawaria, a nie Rosja, ale do spokojnej, dialogowej i rozsądnej chadecji PiS-owi tak daleko, jak posłance Pawłowicz do Dalajlamy.

No i Rosja, podobnie jak PiS i głaskane przezeń Radio Maryja, pokazuje wielkiego faka „Gejropie”. Pod zżymaniem się Rosji na „europejskie zepsucie”, „promocję homoseksualizmu” i inne ślady europejskiego „gnicia” mógłby się PiS spokojnie podpisać.

No i taki jest właśnie stereotyp Polski w Europie. Dla Europy, w tym tej środkowej, Polska to PiS rozciągnięty na cały kraj. A sytuacja, w której wybory w Polsce wygrywają okolice Jarosława Kaczyńskiego, to pożywka dla tego stereotypu nie lada.

Wystarczy przypomnieć, jak to w czasach, gdy PiS rządził, Polska stała się pośmiewiskiem Europy, w dodatku przesuniętym w mediach z działu „Świat” do działu „Ciekawostki”. Teletubisie, kartofle, dąsy i nabzdyczenia braci Kaczyńskich (plus groteskowość politycznego rozdania w ich wydaniu), minister Fotyga i tak dalej. To były te piękne czasy właśnie, w których Wally Olins, wynajęty przez Warszawę specjalista od kreowania polskiej marki na międzynarodowej scenie, spakował manatki i zwinął się z kraju, wściekły, że operetkowi bracia Kaczyńscy rujnują wszystko, co udało mu się osiągnąć na polu kreowania nowego image’u kraju.

Tak więc dla Europy Polska to PiS, a Polska rządzona PiS – to potwierdzenie wszystkich negatywnych stereotypów na temat naszego kraju.

Polska widziana jest jak środkowoeuropejska Rosja. Możemy się na ten fakt zżymać – albo i nie. Możemy czuć się niesprawiedliwie osądzani – ale tak osądzani właśnie jesteśmy. To jest fakt. Musimy się do tego faktu odnieść, a nie zamykać na niego oczy.

Musimy więc brać pod uwagę, że jeśli PiS wygra jesienią wybory, to skonfliktuje nas z Zachodem, bo Zachód będzie miał Kaczyńskiego i resztę towarzystwa za antyrosyjskich wariatów i awanturników, którzy nie prowadzą wobec Rosji odpowiedzialnej polityki, tylko awanturnicze wymachiwanie szabelką. Tak Polska będzie widziana, niezależnie od tego, czy to opinia przesadzona (a jest przesadzona), czy nie.

Ale popieranie przez zachodnie kraje Polski rządzonej przez PiS w jakimkolwiek konflikcie z Rosją będzie odbierane przez opinię publiczną tych krajów jako krok głupi, awanturniczy. Wystarczy przypomnieć słynną aferę krzesłową, kiedy to i Tusk, i Kaczyński osobno polecieli na szczyt UE, i gdy Kaczyński, wymachując palcami ułożonymi w symbol zwycięstwa, wmaszerował na salę. Podszedł wtedy do niego zniecierpliwiony i zażenowany Sarkozy, złapał go za rękę i pociągnął w dół. Miał rację – zachowanie Kaczyńskiego było gówniarskie, a manifestacja była symbolem całego PiS-owskiego podejścia do polityki: gdzieś mamy Unię, cele unijnych posiedzeń, całą tę waszą europejską szopkę. Ważne jest, żeby postawić na swoim, ważne jest dobro nawet nie mojego kraju, ale mojej opcji politycznej. I to właśnie symbolizowała PiS-owska „victoria” na unijnym szczycie. I tak jest właśnie odbierana Polska na arenie międzynarodowej. A Polska PiS-owska będzie tak odbierana tym bardziej.

Rosji oczywiście w to mi graj, bo PiS nie dość, że osłabi Polskę na międzynarodowej scenie, to w dodatku – jak szkolny frajer – będzie reagował histerycznie na wszystkie zaczepki, na wszystkie szturchnięcia. „Drama queen” – tak opisana była Polska z perspektywy Rosji na słynnych mapach stereotypów Janko Cwietkowa, i tak faktycznie jest postrzegana. A z histerykiem nikt nie chce rozmawiać.

Niestety. W Europie PiS ma spapraną opinię. Nic w tym dziwnego. My w Polsce przywykliśmy już do poziomu debaty publicznej, w której w mainstreamie znajduje się nie tylko Pawłowicz czy Macierewicz, ale i już zupełnie odklejony obszar na prawo od PiS, czyli Terlikowski czy Zawisza. Ale dla Zachodu czy choćby Europy Środkowej (tak, tak, nawet dla orbanowskich Węgier czy katolickiej i tradycjonalistycznej Słowacji) Pawłowicz, Macierewicz, Terlikowski i Zawisza to są wielkie oczy i pukanie się w głowę. I myśl: „a niech oni tam się wszyscy powyduszają na tym swoim katotalibskim podwórku, nie chcemy mieć z wariatami nic wspólnego”.

Nam, po tylu latach wysłuchiwania PiS-owskich przywódców, PiS wydaje się wręcz softem, ale z perspektywy tej części świata, do której podobno aspirujemy, Jarosław Kaczyński i jego koledzy są jak najczarniejsze przesądy daleko poza granicą śmieszności i debilizmu.

A jeśli już o Europie Środkowej mowa, to w sytuacji rozjechania coraz bardziej trupieszejącego V4 rządy PiS to już zupełne zarzucenie jakiegokolwiek środkowoeuopejskiego projektu.

Bo dla Europy Środkowej Polska, niestety, to lokalna wersja Rosji. Środkowoeuropejska, łacińsko-katolicka Rosja, która ani nie jest specjalnie atrakcyjna gospodarczo, ani cywilizacyjnie – jest natomiast zacofana, pogrążona w mistycznych omamach, paranoi, zakompleksieniu. I wrzaskliwa. A więc – irytująca i potencjalnie niebezpieczna.

Byłem kiedyś na zjeździe NATO, na którym prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves i ówczesny prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili namawiali Polskę do odgrywania roli przywódcy Europy Środkowej. Słowem – do stworzenia czegoś w rodzaju soft-Międzymorza jednoczącego kraje regionu. Na to wszystko wstał obecny na spotkaniu Aleksander Kwaśniewski i powiedział: okej, ale spytajcie jeszcze Czechów i Litwinów, czy też by mieli dla takiego projektu specjalny entuzjazm.

PiS byłby utrwaleniem lęków środkowej Europy, o wiele bardziej niż Polska zeświecczonej: „chce nas zdominować kartoflany ciemnogród”. A i dla PiS-u Europa Środkowa to raczej przedmiot pobłażania i kiwania palcem. Wystarczy przypomnieć, jak swego czasu Jarosław Kaczyński – jako polski premier – strofował, z właściwym sobie wdziękiem, „młodych ludzi, którzy zostali premierami”, czyli przywódców państw Grupy Wyszehradzkiej.

Oczywiście nie chodzi o to, by Polska się do kogokolwiek na świecie wdzięczyła. Ale chodzi o to, by nie zachowywała się po prostu głupio, nieodpowiedzialnie i histerycznie. Oczywiście, że stereotyp kartoflanego ciemnogrodu jest dla Polski krzywdzący, że na temat Polski nadal funkcjonują stereotypy sprzed pół wieku: że drogi kiepskie, że ksiądz pod łóżkiem, że szaro, buro i nędznie. Ale PiS-em tych stereotypów nie zmienimy, przeciwnie, pogłębimy je tylko.

Oczywiście w końcu, że nie powinniśmy ślepo naśladować Zachodu i przejmować bezkrytycznie wszystkich rozwiązań uznanych za „zachodnie”, ale powinniśmy sami do tego Zachodu wrzucać produkty swojej kultury, cywilizacji i wartości – tak, żeby Zachód nie mógł wyobrazić sobie siebie bez Polski. By chciał czuć, że Polska jest jego częścią.

Ale, do ciężkiej cholery, niech to nie będą wartości Prawa i Sprawiedliwości, Radia Maryja czy innych cudów, bo na zawsze ugrzęźniemy w kartoflisku. I osłabimy swoją pozycję międzynarodową na długie lata.

PS Proszę zauważyć, że w tekście ani razu nie użyłem słowa „Duda”. Celowo. Bo słowo „Duda” znaczy obecnie „Kaczyński, Pawłowicz, Macierewicz”, nie ma więc co mydlić oczu.
PS2 Tak, też uważam, że to przykre, że nie możemy na spokojnie zanalizować rządów PO czy prezydentury Komorowskiego i wykopać tych szanownych państwa ze stanowisk, na co niezawodnie zasługują. Ale wbrew temu, co mówią pięknoduchy, demokracja to jednak, najczęściej, niestety, wybór mniejszego zła. Więc, niestety, wykopanie ze stanowisk PO-wców nie oznacza żadnej świetlanej przyszłości. Oznacza tyle, że na te stanowiska wejdą PiS-owcy. I tylko tyle.