Jak się może skończyć ukraiński kryzys?

Żeby wygrać, trzeba grać, a na Ukrainie gra gracz tylko jeden. Jest to Rosja, i jeśli nic się nie zmieni, to najpewniej właśnie ona wygra całą rozgrywkę.

Rosja gra jak gra – ale gra. Wygląda, póki co, na pijaną ze szczęścia z powodu swojego „wstawania z kolan”. W rosyjskiej debacie publicznej kipi od wielkich projektów: od budowania autostrady na Alaskę po zbombardowanie megawulkanu w parku Yellowstone, które raz na zawsze miałoby wyeliminować USA z gry.

Z jednej strony zatem chciałoby się Rosjanom do Stanów jak najwygodniej jeździć, a z drugiej – dobrze by było z nich zrobić mega-Pompeje i usmażyć pod grubą warstwą popiołu. Radosne rosyjskie hassliebe wobec Zachodu trwa sobie w najlepsze i doskonale oddaje stan rosyjskiego ducha: nienawidzą nas i nami gardzą, nie uważają za część zachodniego świata – więc my gardzimy nimi, mimo że po cichu bardzo chcielibyśmy być tacy jak oni.

Ale póki co Rosja łapie w nozdrza wiatr geopolitycznego szczęścia i sukcesu. Rubel co prawda spadł, ale powoli się umacnia, #krymnash, nie trzeba już udawać, że się popiera te różne prawa zboczeńców, na punkcie których Zachód ma obsesję, cała okolica trzęsie przed nami portkami. Dobrze jest.

Władimir Putin sprawia wrażenie mocno z siebie zadowolonego. Wygląda na wiecznie naładowanego koksem i nie przestaje się dziwacznie uśmiechać, szczerzył się w Mińsku, śmiał się non stop nawet na ostatniej transmisji z wielkanocnej mszy, co sprawiało wrażenie dość przerażające, bo serio, za każdym razem gdy najeżdżała na niego kamera, szczerzył się tak, jakby sobie w dziąsła białego nawcierał.

Bije z Putina zadowolenie jak światło z latarni morskiej. Nawstrzykiwał sobie podobno botoksu, zainstalował sobie nowe życie z nową kobietą, podobno wybudował też gigantyczny pałac nad Morzem Czarnym, przy którym Meżyhiria Janukowycza to Buda Ruska. Przyłączył do Rosji Krym i zawraca Ukrainę z kursu na Europę. Powoli, bo powoli, ale kto wie, czy nie skutecznie.

Słowem – Rosja, jeśli wierzyć długoterminowym analizom amerykańskich analityków, być może długo na tym wietrze nie popłynie i wcześniej czy później cała ta impreza ze wstawaniem z kolan się rozleci, ale o wiele wcześniej rozleci się inna impreza. Ta z ciągnięciem Ukrainy na zachód. Tym bardziej, że ukraińska impreza przypomina już raczej, niestety, aft erek, i to z nadciągającym kacem.

„Rewolucji ogień zgasł”: tak śpiewał zespół Proletariat w latach 90., a dalej ten nieskomplikowany utwór szedł następująco: „wszyscy w dupie mają nas”. Tylko że Polska miała wtedy o wiele więcej szczęścia, niż dzisiaj ma Ukraina. Aż tak bardzo w dupie nas nie miano, żeby nie zaryzykować rozszerzenia Unii Europejskiej o nasze świeżo wypełzłe spod rosyjskiej czułej opieki kraje. Ani żeby nie zaryzykować rozszerzenia NATO, czyli władowania się w strefę rosyjskiego zagrożenia.

Podjęcie ryzyka, z którego teraz wycofać już się nie da, bo zignorowanie przez NATO ewentualnego rosyjskiego zagrożenia dla państw członkowskich oznaczałoby rozpad wiarygodności całego sojuszu, najpotężniejszego, najważniejszego i najszerszego zachodniego przedsięwzięcia obronnego w historii ludzkości. Albo inaczej: wierzę, chcę wierzyć, że wycofać się nie da.

Nie to, żebym wierzył, że obecna Rosja naprawdę zagraża komukolwiek poza Ukrainą. A konkretnie – poza tą częścią Ukrainy, która z Rosją nie chce mieć nic wspólnego, bo część, coraz mniejsza, ale jednak – nadal chce. A na Ukrainie rewolucji ogień – niestety – naprawdę gaśnie. Żołnierze na wschodzie nie bardzo wiedzą, po jaką cholerę siedzą w okopach i biorą na głowy pociski (albo odwrotnie – po jaką cholerę strzelają na drugą stronę), skoro to siedzenie, branie i strzelanie do niczego nie prowadzi: na Donbas nikt ich nie powiedzie, bo strach prowokować Rosję, a ileż można tkwić w miejscu i czekać, aż wolontariusze dowiozą jedzenie?

Wolontariusze i aktywiści z kolei są jeszcze napędzani rosyjskim zagrożeniem, ale – podobnie jak żołnierze – chcieliby wiedzieć, że w którąś stronę to wszystko idzie. Że przeprowadzane są reformy, że państwo naprawdę zebrało się do kupy i się reorganizuje.

Tymczasem w Kijowie zmieniło się tak naprawdę niewiele. Korupcja jak dawniej hula, Rada Najwyższa to w dużym stopniu giełda lobbystów, a dawne układy na prowincji roztrzęsły się w niewielkim stopniu. Część reform, owszem, wdraża się, ale by ożywić i wprawić w ruch tak gigantyczne cielsko, jak organizm ukraińskiego państwa, potrzeba o wiele więcej. Potrzeba co najmniej rozmachu i ambicji Saakaszwilego (choć do jakości polityki Saakaszwilego można mieć zastrzeżenia, to jednak trzeba przyznać, że to on właśnie zbudował współczesną Gruzję, odróżniającą się, było nie było, od poradzieckiej masy), i to działającego na o wiele większą skalę. Entuzjazmu i zapału na Ukrainie nie brakuje, ruch oddolny, obywatelski, jest zaskakująco silny. Cóż z tego, jeśli Kijów jak czarna dziura tę energię wsysa, lecz jej nie oddaje. Słowem: entuzjazm „dołów” nie przekłada się, niestety, na skuteczność działania „góry”.

Tymczasem hrywna dołuje, poziom życia jest nie do pozazdroszczenia, a końca całej tej sytuacji – tak samo jak na froncie – nie widać. Ukraińcy nie mają przed oczami świetlistego celu, jaki mieli na przykład Polacy, którzy szli do jasno wytyczonego brzegu. Do Unii Europejskiej, do NATO. Na Zachód. W przypadku Ukrainy natomiast Zachód aktywny jest tylko teoretycznie.

Rosyjscy analitycy rozrysowują wykresy, z których wynika, jak bardzo Zachód potrzebuje Ukrainy: strategicznie, gospodarczo. Jakkolwiek. W newsach co rusz pojawiają się informacje o zachodnich jednostkach służących na wschodniej Ukrainie, o nieskończonym strumieniu zachodniej pomocy dla „reżimu Poroszenki”. Ukraińcy bardzo by chcieli, by to wszystko była prawda, ale niestety: zachodnia polityka wobec Ukrainy to niezdecydowanie, znużenie i zniecierpliwienie.

Tak, tak. Efekt jest taki, że przy ukraińskim stoliku, przy którym powinno siedzieć przynajmniej trzech graczy, siedzi gracz tylko jeden. Rosja. Ukraińskie władze zatopione są we własnym, jak to mawiał klasyk, „imposybilizmie”, a Zachód całą sprawę ma w gruncie rzeczy gdzieś: nie ma ochoty ładować gigantycznych sum w gigantyczny kraj, i to bez pewności, że te gigantyczne sumy nie znikną w jakichś dziwnych przekrętach oligarchów i mniejszego kalibru biznesmenów, którzy grają co prawda mężów opatrznościowych, ale dość fałszywie. Mają bowiem – umówmy się – tyle kasy, że gdyby pieniądze te puszczone zostały w ruch na Ukrainie, to i zachodniej pomocy aż tyle by nie było trzeba. Słowem: Zachód chciałby, żeby ta ukraińska awantura się szybko skończyła. Nawet kosztem powrotu Rosji na stanowisko nieformalnego zarządcy Kijowa.

I kto wie, czy do tego w końcu nie dojdzie. Sytuacja, w której jest obecnie Ukraina, nie może trwać wiecznie. Oddolna energia zmierzająca do zmiany państwa nie przenika do góry, a góra jest pasywna. W kraju, w którym toczy się wojna i w którym nie do końca wiadomo, jakie obowiązują reguły – nikt nie zainwestuje. A jak jest postrzegana Ukraina za granicą? Wystarczy przeczytać, co piszą o tym kraju autorzy polskiej wersji Wikitravel. Proszę bardzo:

„Ukraina jest państwem, w którym toczą się prorosyjskie działania wojenne głównie w obwodach Donieckim i Ługańskim, i też Krym jest bardzo niebezpieczny, bo był anektowany przez Rosję. Obwód Charkowski też jest bardzo niestabilny i też w Odessie. Niepokój prorosyjski też się dzieje w obwodach Dniepropietrowskim, Chersońskim, Mikołajewskim, Zaporoskim i Odeskim. Na porządku dziennym są zamachy terrorystyczne oraz uprowadzenia dla okupu. Jedynie jest bezpieczniej w obwodach, co są niewymienione na tym ostrzeżeniu, chociaż wielu krajów odradza podróże na całą Ukrainę. Wikitravel nie poleca wyjazdu do tego kraju”.

Kto zainwestuje w takim dziwnym miejscu? Jak długo mieszkańcy Ukrainy będą mogli znosić beznadzieją sytuację ekonomiczną i polityczną? Wieczne poczucie zagrożenia?

„To się może potoczyć w 2 kierunkach” – napisał mi ostatnio jeden z ukraińskich działaczy politycznych – „bunt elit regionalnych lub bunt mas, a ruski bunt bezsensowny i bezlitosny, jak mawiał klasyk”.

Od dłuższego czasu przebąkuje się na Ukrainie o kolejnym Majdanie, ale Ukraińcy zdają sobie sprawę, że Rosja tylko na to czeka. Kraj w chaosie łatwiej opanować, być może nawet przy cichym błogosławieństwie Zachodu, który uzna, że nie czas myśleć o rosyjskich standardach politycznych, gdy wzdłuż Dniepru rozlewa się anarchia. Albo – co gorsza – ultranacjonalistyczna rewolta. Kolejna opcja – „bunt elit regionalnych”: ale i to jest Moskwie na rękę. Rosja być może liczy też na to, że – znużone trwaniem w bezwładnej Ukrainie – odrywać się od niej zaczną kolejne regiony.

Ale wydaje się, że Rosji nie na rękę – wbrew pozorom – ukraińskie separatyzmy. Rosja gra o całą Ukrainę. I to nie o zawojowanie jej wojskiem, tylko o kijowski rząd dusz.

Zawojowanie Ukrainy byłoby możliwe, ale utrzymanie – nie bardzo. Piekący wieczny kryzys w środku Europy, wojna partyzancka, zamachy terrorystyczne w Moskwie – komu by to było na rękę? Putin to nie Hitler, wszyscy w Rosji zdają sobie doskonale sprawę, że Rosja może rozdawać karty w regionie, ale nie na świecie. Kreml nie zamierza skazywać Rosji na rolę wiecznego wielkiego pariasa, bo ani światowego ładu do góry nogami nie wywróci, ani światu swoich reguł nie narzuci.

Oderwanie od Ukrainy tych terenów, które same by się chciały do Rosji przyłączyć (a Kreml może liczyć na to, że w miarę rosnącego zmęczenia Ukraińców kryzysem, wojną, korupcją i brakiem perspektyw będzie chciało coraz więcej), już bardziej jest prawdopodobne, ale też tak naprawdę nikogo nie urządza. Przeorientowanie gospodarki samego Krymu z kierunku ukraińskiego na rosyjski jest trudne, a co dopiero począć z wielkimi obszarami Ukrainy. Odbudowanie infrastruktury, zmiana całej rzeczywistości państwowej – to wszystko gigantyczne i kosztowne przedsięwzięcie, w dodatku długotrwałe.

O wiele lepiej trzymać Ukrainę twarzą w kałuży tak długo, aż nie pojmie, że Zachód się nie rzuca jej z tej kałuży wyciągać, a sama nie jest w stanie się z niej wygrzebać – i nie zachce znów ułożyć sobie dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją. I kto wie, czy tak się cała impreza nie skończy. Bo ani Zachód Ukrainy nie wyciąga, ani sama się nie wygrzebuje.

Coraz więcej Ukraińców mówi, że nie wierzy w państwo ukraińskie w takiej formie, jaką ma ono teraz. Innej jednak na horyzoncie nie widać. A Rosję – widać.