Pobudka z ręką w nocniku, czyli nowy konflikt światowy

Na Zachodzie bez specjalnych zmian, cóż poradzić. Z takiej np. Brukseli nie widać jakichś większych zagrożeń. Debata na temat Ukrainy, na którą tam trafiłem, przebiegła tak, jak przebiegają debaty dotyczące problemów w bardzo dalekich i nie do końca realnych krainach: z uprzejmym oburzeniem na złych agresorów, bad guysów i uprzejmym wspieraniem good guysów. To oczywiście oburzające, co się tam dzieje – wynikało z rozmów prowadzonych później, w kuluarach – ale Donbas to jak Mombasa, jak wojna w Afryce, tylko zimnej. Gdzie to w ogóle jest, ten Donbas?

Nie ma w tym oczywiście nic dziwnego. W Polsce na jakiejkolwiek debacie na temat wojny w Rwandzie czy nawet w Kosowie – byłoby podobnie. Zresztą o jakiej Rwandzie, o jakim Kosowie mowa: niedawno w Krakowie pytano mnie, czy do Lwowa bezpiecznie jest jechać i czy na to miasto rakiety nie spadają. Nie, nie jesteśmy inni niż brukselczycy. Zresztą – czy można im, brukselczykom, cokolwiek zarzucać? Co właściwie? Że się nie boją Rosji? Rosja daleko. Że nie boją się Rosji za nas? Że nie myślą długoterminowo i bagatelizują rosyjski wpływ na świat? Że mają gdzieś ukraiński problem? Przecież organizują debaty, przychodzą na nie, wyrażają oburzenie. Że nie ma alarmu i wielkiej mobilizacji?

No ale nie ma co ukrywać – na Ukrainie też by tak było, gdyby sprawa dotyczyła – dajmy na to – ISIS. Tak mniej więcej reaguje się na wiadomości o tragedii w miejscach, które są odległe, egzotyczne i – cóż poradzić – dla nas i naszych żyć nieważne. Każdy naród ma w sobie coś z Neville’a Chamberlaina, który nie chciał umierać za „daleki kraj, o którym Brytyjczycy nic nie wiedzą”, i tylko wyjątkowi naiwniacy mogą uważać, że jest inaczej. Nikt się nie ruszy, dopóki nie będzie absolutnie musiał. I zamiast pomstować na ten fakt, należy raczej go po prostu uwzględnić w kalkulacjach i nie liczyć na cud.

Nie dotyczy to, oczywiście, zobowiązań NATO wynikających ze słynnego artykułu 5. Na NATO liczyć trzeba, choćby z tego powodu, że nic lepszego nie mamy. Nie żebym uważał, że Rosja ma jakiś szczególny interes czy choćby powód, by atakować Polskę. Ale jeśli coś na Kremlu wymknie się spod kontroli albo Rosja zachce robić z siebie ogólnoświatową drama queen, czego w sumie też nie można wykluczyć, bo Rosja lubi w dziwny sposób zwracać na siebie uwagę świata, to myślę, że nie po to przez dziesiątki lat budowano najważniejszy światowy system bezpieczeństwa, by stchórzyć w pierwszym momencie jego próby. A potem klecić coś od zera. Posypanie się NATO miałoby gigantyczne konsekwencje, bo nagle okazałoby się, że w świecie Zachodu panuje wolna amerykanka i nikt nie jest bezpieczny poza tymi, którzy mają faktyczną siłę. NATO więc, jeśli będzie trzeba, najpewniej jednak zareaguje. W ostateczności i niechętnie, ale zareaguje.

Ale naiwnością byłoby też się spodziewać, że ta reakcja wzbudzi aplauz Zachodu. Raczej przeciwnie: Zachód będzie chciał umierać za Gołdap, Dyneburg czy Narwę z takim samym entuzjazmem, z jakim Polacy chcieliby umierać za Aleppo czy Trypolis. „To nie nasza sprawa, to sprawa między tą wschodnią/południową/nie naszą w każdym razie dziczą, nie wtrącajmy się” – taki byłby dyskurs. Czy Polacy pamiętają, co się w Polsce mówiło w czasie wojny w Bośni i oblężenia Sarajewa? Po przystankach, po kolejkach w sklepach, po imprezach? Pamiętają, pamiętają, choć teraz wstyd. A mówiło się tak: „A, odgrodzić to w cholerę murem od reszty świata, i niech się powyrzynają, jeśli tak bardzo to lubią”.

Tak samo będzie się mówiło na Zachodzie o wschodniej wojnie. I pojawią się też na Zachodzie najprawdopodobniej takie same marsze antywojenne, jakie dawniej odbywały się w Stanach przeciwko wojnie w Wietnamie. I pojawią się następujące opinie: „po co właściwie to NATO podchodziło tak blisko Rosji, przecież Ukraina, Polska, Pribałtyka to tradycyjna strefa wpływu Rosji, przecież to było oczywiste, że taka zachłanność zaniepokoi Moskwę, ciągle ta chciwość, chciwość, chciwość”.

A nastroje te będą skutecznie podsycane przez rosyjską narrację, która jest, dodać trzeba, bardzo chwytliwa. Bo Rosja w gruncie rzeczy wyśpiewuje pieśń bardzo podobną do tej, jaką już dawno nucą inne kraje stanowiące peryferia Zachodu: Ameryka Południowa, Azja czy Afryka. Zachód, w tej narracji, a szczególnie Stany, żerują na reszcie świata, swój dobrobyt opierają na cierpieniu innych, a prawa człowieka i humanitaryzm, które stosują sami u siebie, nie działają poza granicami zachodnich sojuszy.

My, w Polsce, tak na świat nie patrzymy, bo jesteśmy jednymi z niewielu beneficjentów narzuconego przez Zachód światowego systemu (choć i nam swego czasu podrzucono kukułcze jajo w postaci CIA-owskich sal tortur), ale reszta świata ma już dość ciągłego oczekiwania na koniec wiecznej transformacji, zmian, czekania na lepszy świat.

I dlatego właśnie zabrała się za niszczenie starego. Tego, w którym gra rolę prowincji, a nie centrum. Rosja się rzuca, bijąc pragnącą dołączyć do Zachodu Ukrainę. Turcja się na Zachód obraziła, zabrała zabawki i próbuje odbudować wpływy w regionie dawnego imperium. Islamiści w Lewancie i Afryce Północnej szaleją i budują tyranię średniowiecznego typu, epatując świat obrazkami, których nie oglądano od bardzo dawna i do których widoku ludzie znów zaczynają przywykać, typu palenie ludzi żywcem, obcinanie głów nożami i strącanie ich z wysokich wież na ziemię.

W Ameryce Płd. zmienia się niewiele, bo antyamerykańska narracja jest tam obecna od dawna. Rządzi tam (z wyjątkami co prawda) albo nieznośna, tradycjonalistyczna konserwa, albo równie nieznośna populistyczna lewica, a Hassliebe wobec Zachodu przypomina trochę to rosyjskie: chcemy być tacy jak wy, ale – po pierwsze – wykorzystujecie nas zamiast traktować nas po partnersku, po drugie – gardzicie nami, po trzecie – staliście się dekadenccy i zwyrodniali. Spójrzcie tylko na siebie i waszą Conchitę Wurst.

Słowem, świat wokół Zachodu się trzęsie. Porządek się burzy, nadciągnął chaos.

I niektóre elementy chaosu wbijają się już bardzo mocno w bezpieczny, wydawałoby się, świat Zachodu. Wielu bojowników ISIS czy Al-Kaidy to obywatele UE, mogący bez problemu i bez kontroli poruszać się po strefie Schengen. Jeśli będą chcieli dokonać na Europę ataków podobnych, jak te z Madrytu czy Londynu – wcześniej czy później – dokonają ich. I gdy zachód będzie lizał rany, kto się przejmie tym, co dzieje się na Ukrainie? Czy to będzie dobry czas na zdecydowaną reakcję, w razie jakby co?

Ale są też inne elementy rozsadzające europejski ład. Mamy w Europie całkiem solidną opcję prorosyjską. Ci, którzy robią z Rosją interesy i są uzależnieni od rosyjskiego gazu czy rynku – to jedno.

Ale są też ludzie, którzy po prostu podzielają rosyjską perspektywę, bo sami w niej głęboko tkwią, jak Polacy i Rosjanie na Litwie, Rosjanie na Łotwie i w Estonii.

Są ludzie, którzy podzielają ją po prostu dlatego, że perspektywa ta jest antyzachodnia (różne europejskie środowiska lewicowe czy skrajnie prawicowe, czyli dokładnie te, na które liczył Aleksander Dugin w słynnym wywiadzie „Czekam na Iwana Groźnego” udzielonym pod koniec lat 90. polskiej „Frondzie”).

Zresztą: nie tylko środowiska skrajne mogą się załapać na antyzachodnią bajkę. Przykład Snowdena, który przed amerykańskim państwem, według niego – opresyjnym, uciekł do jeszcze bardziej opresyjnego kraju i został bohaterem narodowym sporej części świata, w tym zachodniego – pokazuje, że Putin niekoniecznie jawi się powszechnie jako zło gorsze od Waszyngtonu. I to Waszyngtonu Obamy, najbardziej lewicowego prezydenta, jakiego nosiła Ameryka!

Co więcej, pokazuje to, do jakiego stopnia Zachód żyje rojeniem, że demokracja, prawa człowieka i humanitaryzm to rzeczy dane raz na zawsze, nie dostrzegając, że walka z ich gwarantami – NATO, Stanami i krajami UE – jest w gruncie rzeczy graniem na rzecz dyktatur. Że postulowana przez wiele zachodnich środowisk „rozbicie jednobiegunowości świata” oznacza w praktyce oddanie wielkich terenów pod władzę reżimom antydemokratycznym i zamordystycznym, dokładnie tak, jak to się dzieje na Ukrainie. Bez wsparcia USA zagrożone byłyby – na przykład – Izrael, Korea Południowa, Tajwan. Można mieć sporo wątpliwości co do polityki prowadzonej przez te państwa, ale polityka prowadzona przez kraje im zagrażające wydaje się jeszcze mniej user friendly.

Tak więc elementy rozsadzające świat zachodni krążą już w jego systemie. Weźmy takiego Orbána: Putin kwestionuje światowy ład, a tak się składa, że największa trauma Węgier, traktat w Trianon, który pozostawił Budapeszt Transylwanii, Zakarpacia, Górnych Węgier (Słowacji), Wojwodiny itd. – to właśnie element tego ładu. Żeby wyobrazić sobie skalę węgierskiego poczucia krzywdy, trzeba by wyobrazić sobie współczesną Polskę przyciętą do skali Kongresówki.

Orbán więc, w tych miejscach, w które ładuje się czołgiem ktoś, kto proponuje zupełnie nowy ład, czyli Putin – do Putina się łasi. Zamieszkane przez węgierską mniejszość ukraińskie Zakarpacie z Użhorodem i Munkaczewem należy do historycznych Wielkich Węgier, a ze strony Rosji pojawiały się już sugestie, że – być może – powinno wrócić pod władzę Budapesztu. Na razie zresztą Orbán z żadnymi takimi rojeniami się nie wypuszcza: mówi wyłącznie o autonomii dla zakarpackich Węgrów. Ale jeśli wydzielimy autonomię – być może, za jakiś czas, jeśli dezintegracja Ukrainy będzie postępować – nad takim wydzielonym terenem będzie można roztoczyć jakąś formę protekcji. I kto wie, czy to nie jest jeden z powodów tak ostrego prorosyjskiego zwrotu Budapesztu.

Pamiętać jednak trzeba, że Zachód swoje grzechy faktycznie ma. Wiele zarzutów formułowanych przez zbuntowane peryferia, które nie doczekały się nadejścia mesjasza-Fukuyamy i jego liberalno-demokratycznego końca historii – jest zasadnych. Prawdą jest, że Zachód cynicznie wykorzystywał politycznie i ekonomicznie „bliską zagranicę”, prawdą jest, że kilka nieudanych interwencji militarnych pogrążyło w chaosie całe regiony. Prawdą jest też, że wyczucie Zachodu w kwestii promowania demokracji na świecie czasem przypomina wyczucie ZSRR w kwestii promowania socjalizmu, ale jednak – mimo wszystko – trudno jedno i drugie porównywać, bo to jak porównywanie wagonu bydlęcego z pasażerskim.

Zresztą cała sprawa o to, czy stawiać na Zachód czy nie stawiać, sprowadza się do pytania Zagłoby zadanego Helenie w chwili, gdy Bohun wyrzynał jej rodzinę, a ta wahała się, czy przyjąć oferowaną przez Zagłobę pomoc: – a masz co lepszego?

Rzecz jednak w tym, że – po pierwsze – Zachód nie wszystkim oferuje pomoc. A po drugie, że są regiony, które mimo wszystko czują, że wolą iść na przykład z Rosją,= niż z Zachodem, jak większa część Krymu i znaczna część Donbasu. A w tym przypadku następuje dość dziwne przełożenie: Kijów wyciąga spod rosyjskiego wpływu regiony, które na ten Zachód niespecjalnie chcą iść. A sam nie jest w stanie zapewnić im „zachodniej” przyszłości, bo i Unia kręci na Ukrainę nosem, i reformy jakoś Kijowowi nie wychodzą, Z punktu widzenia interesu ukraińskiego państwa – sprawa jest jasna: Kijów próbuje postawić się destabilizacji przez Rosję coraz większego terytorium własnego kraju oraz, o ile to będzie możliwe, odzyskać tereny utracone wskutek rosyjskich machinacji. Ale jeśli spojrzeć na to szerzej, to sprawy się gmatwają, tym bardziej że machinacje te byłyby trudne do przeprowadzenia, o ile nie niemożliwe, bez tego antyzachodniego podglebia, które na Ukrainie funkcjonowało.

Słowem – elementów, które mogłyby podważyć zachodnią jedność i wprowadzić w nasz stabilny świat chaos, w którym tkwi mniej szczęśliwa reszta globu – jest wiele. W rzeczy samej, światowe „peryferia” z radością oglądałyby „centrum” rzucone w to samo błoto, w którym od zawsze brodzą one. Stany Zjednoczone wydają się na tyle silne, żeby w ogóle nie myśleć o jakimkolwiek zagrożeniu. Europa Zachodnia, jak się wydaje, może zostać co najwyżej poszarpana zamachami terrorystycznymi: nie ma na świecie siły, która mogłaby ją ruszyć, a gdyby próbowała, Stany Zjednoczone, jak już dwa razy wcześniej, ruszą jej z pomocą dlatego, że Europa Zachodnia stanowi amerykańskie alter ego i USA, tracąc Europę, straciłyby część siebie, swoją historię. Pozostałyby na świecie same. Nie wspominając o tym, że Europa Zachodnia to jedno ze światowych centrów cywilizacyjnych i finansowych, bez którego światowy ład zmieniłby się diametralnie. Zachód to USA i Europa Zachodnia, i jedno bez drugiego funkcjonować niby może, ale co to za funkcjonowanie.

Ale my nie jesteśmy w Europie Zachodniej. My sami jesteśmy peryferiami, ale specyficznymi, takimi, które – przypiąwszy się do zachodniego centrum – pasiemy się na jego dobrobycie. Jak jednak pokazuje historia, Zachód może się spokojnie bez nas obyć, ba, lepiej nawet radzi sobie bez nas niż z nami. My możemy go tylko drażnić, wciągamy go bowiem w niekończący się konflikt z tą chimeryczną, wiecznie stwarzającą problemy, rozkapryszoną i rozhisteryzowaną Rosją. A konflikt, który rozgrywa się obecnie na linii Wschód-Zachód, nie jest konfliktem o regiony, których Zachód do życia potrzebuje. To jest konflikt o paznokcie do przycięcia. O regiony, które w razie czego się oddaje. O strefę buforową.

Dlatego żebyśmy mogli czuć się naprawdę bezpieczni, musimy stawać się częścią centrum. Gospodarczo, cywilizacyjnie, ekonomicznie. Wplątywać się w Zachód najmocniej jak potrafimy. Wchodzić w zachodni krwiobieg, we wszystkie możliwe struktury. Nie stać nas np. na kręcenie nosem w sprawie przyjmowania euro: musimy traktować euro jako kolejny element wiążący nasz interes z interesem Zachodu. Powinniśmy wspierać powołanie wspólnej europejskiej armii i wzmacnianie wspólnej europejskiej polityki zagranicznej.

Inaczej – być może – znów obudzimy się z ręką w nocniku. Nie teraz, być może nawet nie za dekadę. Ale kiedyś.