Nie dogadamy się

Ziemia wokół Zachodu płonie albo co najmniej się trzęsie. Kraje, ba, regiony całe, którym Zachód słodko sączył w uszy pieśń Francisa Fukuyamy: obietnice gospodarczego, instytucjonalnego i społecznego rozkwitu na zachodnią modłę – zbuntowały się. Bo obietnice sączono długimi dekadami, a nie zmieniało się nic albo prawie nic.

Turcja dała sobie już jakiś czas temu spokój z eurointegracją, do której nie dochodziło, i wpadła w rojenia o odrodzeniu neoottomańskiej potęgi. Rosja i jej okolice uznała okres zbliżania się do Zachodu za okres „jelcynowskiej smuty” i próbuje organizować rzeczywistość po swojemu, próbując przyciągnąć do swojego projektu kogo się da: a to Kazachstan i Białoruś, a to Donbas, a to Węgrów, a to Serbów. W Maghrebie i Lewancie z kolei ludzie dość mieli oczekiwania na zachodnią jakość życia i obalili rządzących od dawna regionem skostniałych autokratów, od samego jednak ich obalenia jakość życia nie wzrosła, bo świat ma to do siebie, że cudów w nim nie ma, i do regionu wtargnęło przyczajone od dawna średniowiecze, czyli wymachujący mieczami islam w swojej barbarzyńskiej wersji.

Słowem: Zachód miał świat w ręku, ale go wypuścił. W światowym rozdaniu geopolitycznym, które kształtowało się przez ostatnie kilkadziesiąt lat, do „zachodniej” strefy dobrobytu i wartości (choć tu trzeba mierzyć pi razy oko) udało się dostać tylko dwóm regionom: Azji Południowo-Wschodniej i nam, czyli Europie Środkowej. Reszta świata albo już od dawna sama próbuje być dla siebie systemem odniesienia (Ameryka Południowa, częściowo BRICS), albo – z frustracji i rozczarowania – wywija pięściami.

Efekt jest taki, że o porozumienie ciężko. Świat wokół Zachodu przestał mówić jego językiem. Z islamistami porozumieć się nie można na takiej samej zasadzie, na jakiej nie da się porozumieć z księdzem Natankiem, bowiem ich umysły biegają po zielonych pastwiskach odmiennego stanu świadomości, w którym Bóg naprawdę nadal żyje, wspiera, interweniuje i nagradza, i, cóż poradzić, jest brany pod uwagę jako jeden z elementów układu sił.

Z Rosją na dłuższą metę porozumieć również się nie da, bo jej geopolityczne cele rozjechały się z Zachodem, i rosyjska narracja wcale nie składa się wyłącznie z propagandy. Propaganda, oczywiście, w Rosji jest obecna, ale jej usunięcie wcale nie „otworzyłoby Rosjanom oczu”. Zmienił się po prostu ich punkt widzenia. Zachód więc Rosji do niczego nie przekona. Rosja będzie trwała w swojej narracji tak długo, jak będzie mogła. Być może aż po swój rozpad, co przewiduje ostatnia prognoza agencji Stratfor na lata 2015-2025. Albo po odbudowę wpływów w regionie i zmianę kursu na dogawor z Zachodem z pozycji o wiele silniejszej, niż Rosja miała w latach 90. czy ma teraz. Albo po zmianę władzy na prozachodnią, co jednak w chwili obecnej wydaje się mocno nieprawdopodobne.

Rzecz w tym, że może być odwrotnie. Że to rosyjska narracja może zacząć przekonywać Europejczyków. Jest ona bowiem bardzo prosta i chwytliwa.

Rosjanie, owszem, wierzą w to, że Majdan był zaaranżowaną przez USA ruchawką nacjonalistycznych bandytów i że w Kijowie masowo mordowano bezbronnych milicjantów, ale gdyby nawet do szerokich rosyjskich mas dotarła informacja, że wcale tak nie było i że Majdan był po prostu próbą zwrócenia Ukrainy na prozachodni kurs, rosyjska perspektywa by się nie zmieniła. Po co ciągnąć ludzi na ten zatracony Zachód? – Pytano by. – Zachód jest dekadencki, cyniczny i wysysa do cna soki z tych, którzy lgną do niego skuszeni jego blichtrem. Dlatego, powiedzą Rosjanie, nie ma co się dziwić, że Donbas nie zamierzał uczestniczyć w majdanowskim szaleństwie i oderwał się od Ukrainy, by przyłączyć się do Rosji. Miało prawo Kosowo pójść swoją drogą – ma prawo i Donbas. Tym bardziej, punktowaliby Rosjanie, że Ukraina też całej prawdy nie mówi. Ileż na przykład można wierzyć w to, że separatyści sami strzelają po swoich dzielnicach mieszkalnych? Wszyscy opowiadają o Wołnowasze czy zamachu na marsz w Charkowie, a w bombardowanej DRL też trup ściele się gęsto – i gdzie jest cokolwiek o tym w prasie? Gdzie jest wyjaśnienie tego, co stało się w maju zeszłego roku w Odessie?
I tak dalej.

Rosyjska narracja jest, jak widać, chwytliwa. I bardzo prosta. Dlatego na Zachodzie może wzrastać dla niej zrozumienie, bo Zachód konfrontacji z Rosją sobie nie życzy, a biedna Ukraina, która wrzeszczy ciągle o członkostwie w Unii, wyklina Zachód za jego bierność, jest nadal skorumpowana, obwieszona nacjonalistycznymi hasłami jak choinka – Zachód drażni. I kto wie, czy zachodnia opinia publiczna nie zacznie szerzej kupować narracji Rosji. Czy nie stanie się modne wychodzenie na ulice zachodnich miast z transparentami RESPECT THE CHOICE OF DONBASS i hasłami przeciwko zachodniemu monopolowi na widzenie świata tak samo, jak amerykańscy hippisi protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie. Rosja jest daleko, i dla przeciętnego Niemca czy Francuza zagrożeniem się nie jawi.

Zresztą chętnych do słuchania rosyjskiej narracji jest już w Europie sporo, i nie chodzi tu wyłącznie o Gerhardo-Schrederoidów powiązanych z Rosją interesami; nie chodzi wyłącznie o tradycyjnie sprzyjających Rosjanom Cypr i Grecję. Chodzi też na przykład o rosnący wyłam w polskiej debacie publicznej, gdzie po prorosyjskich wypowiedziach Korwina-Mikkego pojawiła się prokremlowska polska partia Zmiana, działa ultranacjonalistyczna Falanga ze swoim X-Portalem, w którym narracja rosyjska jest jedyną obowiązującą. Środowiska te są, być może, marginalne, ale ich działania potrafią być dolegliwe: to najprawdopodobniej one bowiem strollowały litewskich Polaków, instalując im na Wileńszczyźnie wirtualną Wileńską Republikę Ludową, a cios ten, przypomnijmy, był dość mocny i celny: Polacy wileńscy są w większości prorosyjscy, popierają putinowską politykę, a na początku lat 90. niektórzy polscy działacze próbowali stworzyć tam powiązany z Moskwą Polski Kraj Narodowo-Terytorialny, czyli coś w rodzaju polskiego Naddniestrza czy Donbasu, tyle że w przeciwieństwie do tych projektów PKN-T okazał się – na szczęście – kompletnym niewypałem. Obecnie akcja polsko-rosyjskich „zielonych ludzików” na Wileńszczyźnie wydaje się absurdem, ale Litwini do Polaków z Wileńszczyzny zaufania nie mają już za grosz.

Chodzi też o Viktora Orbána, który najwyraźniej w rozmontowywaniu przez Putina europejskiego systemu bezpieczeństwa gwarantującego europejskie granice widzi, być może, szansę dla choć częściowej rekonstrukcji przedtrianońskich Węgier. Trudno oczywiście zakładać, że Orbán liczy na poważnie na wprowadzenie Węgier w ich dawne, przedtrianońskie granice. Ale jeśli – na przykład – stworzy się administracyjne granice autonomii dla Węgrów na Ukrainie, co Orbán jakiś czas temu postulował, wtedy takie określone i upodmiotowione terytorium rozgrywać by mu było o wiele łatwiej.

Ponadto z unijnych porządków nie cieszą się wszyscy w Bulgarii, Rumunii czy we wschodnich regionach państw bałtyckich. We wschodniej Łotwie i Estonii rosyjski punkt widzenia na wydarzenia na Ukrainie i rosyjska ocena sytuacji geopolitycznej przeważają. Na Słowacji większość obywateli popiera działania Moskwy. W Czechach poparcie też jest spore. Ukraina zbyt dobrych notowań tam nie ma, a i na Zachodzie UE ma coraz słabsze.

Efekt może być taki, że Ukraina, opuszczona przez wszystkich, na zachodzie – nielubiana, w Rosji – znienawidzona, rozgoryczona, nienależąca ani do świata zachodu ani do rosyjskiej strefy poradzieckiej – zacznie kruszyć się coraz mocniej. I aby tego losu uniknąć, sama musi narzucić własną narrację i wizerunek: energicznie reformującego się kraju, bez medialnej propagandy, bez ładującego się do centrum publicznej debaty nacjonalizmu. Czego oczywiście trudno wymagać od kraju znajdującego się w stanie wojny i ostrego ekonomicznego kryzysu, ale społeczne masy, czy to wschodnie, czy zachodnie, mają tendencję do mocno uproszczonego widzenia świata.

Więc nie, z Rosją się nie dogadamy. Każde porozumienie z Moskwą będzie porozumieniem tymczasowym, obliczonym na grę na czas. Rosja nie zmieni zdania ani perspektywy. Rosja będzie działać przeciwko Ukrainie, dopóki będzie mogła, dopóki nie stanie się coś, co uniemożliwi jej działanie: albo głęboki kryzys wewnętrzny w samej Rosji, albo otoczenie Ukrainy zachodnimi gwarancjami, albo takie rozegranie sytuacji na Ukrainie, które usatysfakcjonuje Moskwę. Ani na jedno, ani na drugie się póki co nie zanosi. A trzecie to dla Kijowa złe wiadomości. Jakąś nadzieją jest wysłanie na Ukrainę brytyjskich wojskowych i od czasu do czasu narastające pohukiwanie Stanów Zjednoczonych w obronie Ukrainy. Tego Rosja wystraszyć się może, bo ani jej się śni iść w otwarty konflikt z Anglosasami.

Ale generalnie czas, niestety, gra przeciwko Ukrainie. Bo rosyjska narracja tam, szczególnie we wschodniej części kraju, nadal jest silnie obecna, a jeśli znacznej części Ukraińców ze wschodu nie zniechęciła do Rosji ani wojna, ani warunki życia w DRL i ŁRL, to raczej nic już nie zniechęci. I jeśli dojdzie do eskalacji wewnętrznego konfliktu na Ukrainie, to Rosja zatrze tylko ręce. A Zachód – cóż – wezwie do deeskalacji. I pojedzie najwyżej do Mińska na kolejne rozmowy.