Porozumienie, w które już na starcie nikt nie wierzy

Różnica między Zachodem, w tym Ukrainą, a Rosją polega na tym, że Zachód nie chce tego konfliktu, a Rosja najpewniej chce. Dlatego trudno zakładać, że porozumienia mińskie są szczytem rosyjskich pragnień i że zadowolą Rosję.

Oczywiście nie można wykluczać, że Rosja zadowoli się Krymem i z gorącym i chętnym sercem i dobrą wolą przystąpi do pomocy Ukrainie w stabilizowaniu sytuacji na Donbasie, by przywrócić tam ład i porządek, bazujący na ukraińskiej konstytucji, choć w ramach szerokiej samodzielności. Można też oczywiście zakładać, że Siergiej Torop, przywódca rosyjskiej sekty wissarionowców, naprawdę jest mesjaszem.

Mińskie porozumienie w wielu punktach jest przede wszystkim niespełnialne. Trudno na przykład wyobrazić sobie, by udało się w Donbasie przeprowadzić wybory i w ogóle efektywnie zbudować tam jakąkolwiek strukturę, która niekoniecznie będzie po myśli DRL, a DRL już przecież całkiem mocno okrzepła. Powołała własne siły policyjne, szykuje się nawet podobno do wprowadzenia własnej waluty. Trudno sobie wyobrazić, że dopuszcza do swoich spraw znienawidzonych Ukropów.

Roman Kabaczij, ukraiński analityk, uważa wręcz, że wprowadzenie tego punktu do porozumienia świadczyć może o tym, że ten punkt porozumienia może być świadectwem konfliktu między Kremlem a separatystami i wbitą im szpilą. Może jednak również być dowodem na to, że ani Rosja, ani separatyści nie zamierzają traktować porozumień poważnie.

Mało kto zresztą w te porozumienia wierzy. „Ludzie, którzy starają się analizować mińskie porozumienia, marnują czas. Ten dokument został napisany nie po to, by go przestrzegać, a po to, by go nie przestrzegać” – napisał na Facebooku Witalij Portnikow, znany ukraiński dziennikarz i komentator.

Porozumienie mińskie ma oczywiście dobre strony, i bardzo dobrze, że jest. Wrócą do domów jeńcy, mieszkańcy przyfrontowych miejscowości odetchną. O ile oczywiście sytuacja na froncie nie wymknie się spod kontroli, bo twierdzenie, że „opołczeńcy” są jak membrana, która dźwięczy dokładnie w rytm wydarzeń na Kremlu, jest mitem. Konfliktów między Rosją a separatystami jest mnóstwo, a „Republiki Ludowe” w wielu punktach się rozłażą. Nie zmienia to faktu, że jakakolwiek próba naprostowania tych republik, rozłażących się czy nie, przez Ukrainę, wywoła histeryczną reakcję Moskwy i być może zakończy rozejm, którego zerwanie Rosja zwali na Ukrainę. W ogóle – Ukraina będzie odpowiedzialna za wszystko, co będzie się działo na Donbasie. A będzie się działo mnóstwo.

Rosja, jak można przypuszczać, będzie próbowała wdzięczyć się do Zachodu, demonstrować dobrą wolę, a Zachód będzie w tę dobrą wolę wierzył, bo chce w nią wierzyć. I Rosja będzie na tej wierze punktować. Będzie stabilizować się gospodarka, być może dojdzie do zniesienia części sankcji. A gdy Rosja nieco okrzepnie i wywlecze za włosy rubla z ciemnej i głębokiej dziury, w którą wpadł – zacznie dalej działać, czyli rozkładać Ukrainę od środka, destabilizować i generalnie robić wszystko, by kolejne regiony miały Kijowa serdecznie dosyć i chciały się z nim pożegnać.

Nadzieja w tym, że czas dostanie także Ukraina. I że go nie zmarnuje. Że z impetem zacznie wdrażać od dawna zapowiadane reformy, między innymi reformę policji, reformę administracyjną, mocne działania antykorupcyjne w administracji, ułatwienia w prowadzeniu działalności gospodarczej i tak dalej. Że w końcu po tym, jak po Majdanie przyspieszył z przytupem proces krzepnięcia ukraińskiego narodu, przyspieszy również proces krzepnięcia ukraińskiego państwa. Albo mocniej mówiąc – nawet tworzenia się państwa, bo do tej pory istniało ono raczej teoretycznie. Lubko Petrenko, zachodnioukraiński analityk i dziennikarz, przypomina, że w ten sam dzień, w którym w Mińsku przeprowadzane były rozmowy, Ukraina dostała spory zastrzyk finansowy na przeprowadzenie reform, a to od kondycji Kijowa zależy ukraińskie być albo nie być. Im atrakcyjniejszym centrum będzie Kijów, im bardziej mieszkańcom terenów, które nie do końca wiedzą, do której rzeczywistości przynależą, będzie opłacało się być Ukraińcem – tym mniejsze szanse, by plan Rosji się powiódł.

Szef agencji „Stratfor” George Friedman w książce „Następne 100 lat” napisanej w 2009 roku przewidywał, że Rosja za kilka lat wejdzie w fazę agresywną, próbując odbudować dawne imperium. Przewidywał też, że w dłuższej perspektywie to się Rosji nie uda, bowiem słaba strukturalnie rosyjska gospodarka nie wytrzyma wysiłku utrzymywania rozkręconej machiny wojennej i – najnormalniej w świecie – zawali się. Na to samo liczą Ukraińcy.

„Rosja będzie próbowała zerwać rozejm, atakować na nowo, a następnie znów dążyć do rozejmu” – to znów Witalij Portnikow, znów na Facebooku – „i tak to będzie trwało aż do krachu samej Rosji”.

Tak, to prawdopodobne. Ale samo liczenie na taki rozwój wypadków raczej nie wystarczy. Bo po pierwsze, Friedman szacował, że zanim Rosja padnie, rozpadnie się, niestety, Ukraina. A po drugie – w Moskwie tę książkę też pewnie czytali.