Wojna o Donbas, którego nikt nie potrzebuje (lecz nikt się do tego nie przyzna)

Wojna na Ukrainie to paradoks na paradoksie. Toczy się, mimo że odpadnięcie Donbasu byłoby w zasadzie wszystkim na rękę. A najmniej – Rosji.

Na drodze na Debalcewo stał blok-post. W stronę miasta armia ukraińska pompowała coraz więcej wojska. Z peremiria, zawieszenia broni, niewiele już zostało, i znów trzeba było liczyć się z tym, że separatyści będą chcieli zamykać kocioł. Zresztą wszyscy wojskowi powtarzali nam, żebyśmy przypadkiem nie pisali, że to separatyści. Separatyści, mówili, owszem, też tam są, ale głównym problemem są po prostu Rosjanie.

W ostrzeliwanym Popasnem żołnierze nadrabiali minami, ostrzał nie robił na nich wielkiego wrażenia, ale gdy słyszeli strzały z broni ręcznej, robili się nerwowi. Wszyscy widzieli filmy w Youtube, na których separatyści znęcają się nad jeńcami. I wszyscy mieli dość tej wojny. Szczególnie ci z poboru.

Żołnierzom nie podobało się, że muszą tkwić na wschodzie Ukrainy, wielu z nich zresztą, szczególnie tych z ukraińskojęzycznego zachodu kraju, jest tam pierwszy raz w życiu i czuje się trochę jak w innej rzeczywistości. Dopóki wiedzą, że bronią kraju przed rosyjską agresją, to ich motywacja jest jasna i oczywista. Ale gdy pojawia się temat prawa Donbasu do separacji – z motywacją zaczyna być gorzej. Jeśli chcą – słychać tu i tam – to niech idą w czorty. Tak samo, jak i ten Krym.

Jeśli chodzi o lokalnych mieszkańców, to niektórzy ich popierają, machają przejeżdżającym kolumnom, ale częściej jednak żołnierze są wyklinani do żywego.

– Po co tu przyjeżdżacie – wrzeszczą mieszkańcy. – Ściągacie na nas ogień, sami bombardujecie, czemu nie pozwolicie ludziom żyć jak chcą!

I żołnierze sami coraz częściej się nad tym zastanawiają.

Na Ukrainie, szczególnie zachodniej, już od dawna mówiło się, że jeśli wschód, a konkretnie Donbas i Krym, będzie miał ochotę pójść sobie w swoją stronę – droga wolna. Wprost mówił o tym Jurij Andruchowycz, dawał do zrozumienia Jarosław Hrycak. By przytoczyć tylko najgłośniejsze nazwiska. Rozmaici publicyści podawali korzyści płynące z takiego stanu rzeczy: odpadają regiony głosujące tradycyjnie na opcję promoskiewską, odpada największy kamień ciągnący kraj w stronę Rosji. Wielu pisało, że z odpadnięciem Donbasu skończy się konieczność dotowania tego regionu, a z odpadnięciem Krymu – dziwaczna sytuacja, w której na terenie jednego państwa stacjonuje flota innego. Słowem – opcja moskiewska odpada, pozostaje powoli i konsekwentnie, już bez ciągnącego w drugą stronę silnika, iść w stronę Europy.

Z tego samego notabene powodu odpadnięcie od Ukrainy Donbasu byłoby nie na rękę Moskwie. Ukraina, zerwawszy donbaską kotwicę, byłaby o wiele bardziej mobilna, a jej zachodnia integracja, bardzo nie na rękę Moskwie, mogłaby przyspieszyć. Dlatego trzymający Ukrainę na wschodzie Donbas to sytuacja bardzo Rosji na rękę. Dodatkowo – ktoś będzie musiał Donbas odbudować.

Jeśli pozostawałby on w granicach Ukrainy, choćby tylko formalnie – musiałby to robić Kijów. Kijów, notabene, byłby też odpowiedzialny za wszystko, co by się w Donbasie działo, a dziać by się mogło wszystko, co by tylko Moskwa zachciała. Bo nikt nie ma wątpliwości, kto będzie na Donbasie rządził naprawdę, niezależnie od tego, jak się dalej potoczy cała akcja. Jeśli natomiast Ukraina zgodziłaby się na secesję Donbasu – odpowiedzialność za odbudowę regionu, rekonstrukcję i przeorientowanie jego gospodarki spadłyby na Rosję.

Słowem – Ukraina, jeśli zaczęłaby aktywnie odwojowywać Donbas, grałaby na korzyść Rosji.

Zresztą na Ukrainie mało kto tak naprawdę ma ochotę przywracać ukraińskie rządy w Donbasie.

Nieoficjalnie przyznają to politycy, nie tylko ukraińscy. Oficjalnie jednak nikt nie śmie powiedzieć tego na głos pierwszy. Gdy Kijów nic nie robił podczas organizowania w Donbasie referendum niepodległościowego – wylało się kijowskim politykom na głowy wiadro pomyj. Kto żyw, spieszył krytykować: co to za państwo, jak można pozwalać, by separatyści, nieniepokojeni przez nikogo, chodzili z bronią po ulicach, organizowali nielegalne referenda. Zaczął Kijów działać – krytykować nie bardzo jest jak. Poza tym – po Majdanie, w którym uczestniczyli też ludzie z Donbasu, w obliczu faktu, że po stronie ukraińskiej walczy mnóstwo donbasytów (głównie bataliony Donbas, Szachtarsk, Ługańsk, ale i skrajnie prawicowy Azow i inne) odpuszczenie tego regionu odebrane by zostało przez wielu jako zdrada i każdy polityk, który podniósłby ten temat, szybko pożegnałby się z karierą polityczną.

Jak dotąd jednak to nie od Ukraińców zależy rozwój sytuacji.

Na filmach zamieszczanych na Youtube widać, co się dzieje po drugiej stronie frontu. W Wuhlehirsku (po rosyjsku – Ugliegorsku), niedaleko Debalcewa, stoją uzbrojeni ludzie, którzy nie wiedzą, jak nazywa się ta miejscowość, ale zapewniają za to, że „jest nasza, i to jest fakt”. Wyglądają na lepiej wyposażonych niż ukraińska armia. Wuhlehirsk, atakowany od strony Jenakijewa, rodzinnego miasta Wiktora Janukowycza, został zdobyty, ale ze sporymi stratami. Separatyści i pomagający im Rosjanie starają się wyprzeć Ukraińców z tzw. worka Debalcewskiego, wcinającego się głęboko, na kilkadziesiąt kilometrów, pomiędzy DRL i ŁRL: „Noworosja” stara się ściąć ten klin.

Aleksandr Zacharczenko, premier nieuznawanej DRL, zapowiedział „dobrowolną mobilizację” do wojsk „noworosyjskich”: ma je zasilić 100 tysięcy żołnierzy, przy czym – jak spekulują dziennikarze – mobilizacja ta może być mydleniem oczu, a zamiast powołanych bojowników na terenach „republik ludowych” pojawią się kolejni rosyjscy żołnierze. Zacharczenko zapowiadał rozszerzenie DRL do „granic obwodu donieckiego”, co oznaczałoby nie tylko zamknięcia kotła debalcewskiego, ale i zamiar podbicia m.in. Mariupola i powtórne włączenie do „Noworosji” Artiomowska, Kramatorska i Słowiańska.

Tak więc wojna o Donbas, którego nie potrzebuje ani Rosja, ani Ukraina (ale żadna ze stron się do tego nie przyzna), trwa.

Więcej o życiu na ukraińskim froncie w najnowszym numerze POLITYKI.