Dlaczego sporo ludzi na Ukrainie nadal popiera „Noworosję”

W DRL i ŁRL kiepsko z wodą, prądem, bezpieczeństwem, bo bojownicy, mimo że w „Noworosji” powstała już policja, często wymierzają sprawiedliwość na własną rękę. Pieniędzy w bankomatach brakuje, trzeba więc po nie jeździć do wrogich „Ukropów”, ryzykować życie czy choćby obrabowanie. Coraz częściej nie ma co jeść. Przyszłość nie jest pewna. A jednak sporo ludzi na „ukraińskiej Ukrainie” nadal popiera „Noworosję”. Czemu?

Siedzieliśmy w Kramatorsku ze znajomym kijowskim dziennikarzem i popijaliśmy sobie wódkę w pizzerii o rozkosznej nazwie „Rio”. Kramatorsk, notabene, jak na warunki ukraińskie, poradzieckie i wojenne (to „stolica” strefy ATO) – wygląda całkiem nieźle, życie się toczy, również wieczorne, jest czysto, w miarę schludnie. A jednak w Kramatorsku co chwila ktoś wypala: a to, że Ukraińcy okupanci, a to, że Ukropy precz z Donbasu. Nie że wszyscy. Być może nawet nie większość. Ale sporo.

– Rozumiesz to? – Pytałem kijowianina.
– Bo to „russkij mir” – odpowiedział – głupi, zły na cały świat, wściekły. Oni są – powiedział – otumanieni, nie myślą logicznie. Poczytaj Dostojewskiego.

No właśnie: tak mniej więcej brzmi odpowiedź standardowa na podobnie postawione pytanie. Jeśli spytać kogokolwiek mocno zaangażowanego w konflikt po ukraińskiej stronie – zawsze powie mniej więcej coś podobnego. Albo coś takiego:
– Oni po prostu boją się zmian. Chcą żyć w tym swoim poradzieckim syfie i jest im w nim dobrze.

Ale w tym wszystkim jest tylko trochę prawdy.

*

Ukraina to postapokalipsa. Owszem, prawie cały poradziecki, ba, posocjalistyczny świat (włącznie z Polską) to postapokalipsa, ale na Ukrainie widać to naprawdę wyraźnie. Szczególnie na tej wschodniej. Infrastruktura zbudowana głównie za radzieckich czasów – rozłazi się w oczach. Wygląda to wszystko jak ilustracja do książki o jakichś cyberpunkowych Ostrogotach w ruinach Koloseum albo rozpadający się świat a’la „Mad Max”. W Polsce, notabene, też widać podobne zjawisko, ale Polska za kasę z UE zbudowała sobie częściowo przynajmniej porządną infrastrukturę, a za pieniądze z jako tako hulającej gospodarki postawiono sporo nowych osiedli, biurowców etc., dokonano czegoś w rodzaju rewitalizacji, choć jakość i smak tego wszystkiego są również barbarzyńskie. Na Ukrainie, niestety, infrastruktura leży, a inwestycje i rewitalizacja, jeśli je widać, są równie barbarzyńskie.

Widać, że kiedyś, za ZSRR, cała ta zbudowana na gołej, pokozackiej ziemi struktura (miasta, drogi, fabryki) miała mniejszy lub większy sens, ręce i nogi. Była w każdym razie przejawem jakiegoś cywilizacyjnego rozmachu. Obecnie, w najlepszych wypadkach, coś się do niej dokręca, jakoś tam się ją łata. Wygląda to dokręcanie amatorsko i chałupniczo. Gigantyczna część tego, co zbudował ZSRR, wali się w gruzy. Skala rozkładu infrastruktury na wschodniej Ukrainie jest niesamowita.

Na Zachodzie wszystko, co budowano czy produkowano, było na bieżąco apdejtowane: infrastrukturę modernizowano, fabryki unowocześniano. Socjalizm tworzył tylko raz. Rzadko apdejtował, w najlepszym razie naprawiał i konserwował. Po drugie, gdy padł na pysk ZSRR, a razem z nim socjalizm, to skończyło się nawet konserwowanie i fachowe naprawianie. I to widać.

To samo jeśli chodzi o społeczeństwo. System stworzony przez ZSRR był systemem niewydolnym, generatorem patologii, nie wspominając o jego mrocznych, zamordystyczno-totalitarnych stronach. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy na terenie Poradziecji (no, poza częścią Łotwy, Litwy i Estonii, uwaga: częścią) zapytać praktycznie kogokolwiek, kiedy żyło mu się najlepiej, wypali: za ZSRR.

Kapitalizm i demokracja instalowane są w Poradziecji od 25 lat, zdążyło już na nich wyrosnąć pokolenie, i Poradziecja nadal wygląda jak postapokalipsa. A ludzie, którzy, owszem, dostali swój los w swoje ręce, tęsknią za czasami, gdy go w nich nie mieli, a zamiast tego odbębniali swoje 8 godzin, czasem coś tam wynosząc z zakładu, czasem bumelując, a potem szli do domu i zajmowali się własnymi sprawami. Dwa razy w roku (albo i więcej) jeździli na wakacje. A teraz jest jak z pańszczyzną, której zniesienie zdjęło chłopom z nóg kajdany wraz z butami. Trzeba wypruwać sobie żyły 24 godziny na dobę, a i tak nie dość, że pieniędzy ciągle mało, że przyszłość niepewna, czasu na życie nie ma, to jeszcze państwo ledwo zipie i ledwie się da w nim żyć. Przypomina to wszystko jakieś future-punkowe dzikie pola z oligarchami jako książętami kresowymi. Dlatego wielu za tą pańszczyzną tęskni.

To Zachód narzucił kurs dziejom i cel, do którego trzeba dążyć. Wyobrażenie samego siebie. Ale liberalny kapitalizm nie został stworzony na Dzikich Polach. W ogóle nie został stworzony w regionie. Nadal nie wiadomo, czy odpowiada ludziom z temperamentem takim, jaki miewają społeczeństwa w tej części Europy. Bo minęło ćwierć wieku, a tu nie tylko Ameryki nie ma, ale nie ma nawet – w powszechnym odczuciu – jakości życia czasów radzieckich: pewności przyszłości, pewności pracy, emerytury, mieszkania itd. Nawet jeśli przyszłość ta, praca, emerytura czy mieszkanie z perspektywy Zachodu wydawały się marne i nawet śmieszne.

Wiadomo natomiast, że dla bardzo wielu szczytowym osiągnięciem cywilizacyjnym było jak dotąd społeczeństwo stworzone przez ZSRR. W tych stronach tzw. „przeciętnemu człowiekowi” nigdy lepiej nie było: ani za Rusi Kijowskiej, ani za Rzeczpospolitej, ani za cara. Ani, najwyraźniej, za niepodległej Ukrainy, choć w końcowych latach ZSRR, gdy państwo to było już bardzo niewydolne, głosowano za niepodległością: naiwny naród sądził, że z niepodległością i kapitalizmem łączy się szybki skok w Amerykę. Ale gdyby nie było Zachodu, z jego sexy bling-blingiem, z jego byciem cool, z jego atrakcyjnością, to być może dalej by to wszystko trwało.

Tak więc czy nam się to podoba, czy nie, większość ludzi ma już dość czekania na zachodni styl życia i amerykański sen. Minęło ćwierć wieku, a na horyzoncie pustka. Przyszłości nie widać, a rozwiązania podsuwa przeszłość.

– My się do Unii nie nadajemy – mówią ludzie popierający separatystów. – U nas inna mentalność. My nigdy nie zbudujemy zachodniego społeczeństwa, bo się do tego nie nadajemy. U nas po drugomu – mówią.

Dlatego Putin nazywa upadek ZSRR największą katastrofą XX wieku, dlatego Łukaszenka, który prowadzi pośmiertny radziecki skansen, jest nawet na Ukrainie najpopularniejszym przywódcą, a Białoruś – krajem, któremu wszyscy zazdroszczą. Dlatego republiki Doniecka i Ługańska są „ludowe”, choć cóż to za ludowość. Putinowska Rosja to nie jest żaden „Back to USSR”, ale nie waha się grać na tych sentymentach i mydlić ludziom oczy powrotem do „starego, dobrego”.

A przecież, w gruncie rzeczy, poradziecki wschód Ukrainy wcale aż tak bardzo się nie różni od mieszkańców starej Unii Europejskiej, którzy również okrzepli w swoich zachodnich życiach i niespecjalnie mają ochotę na zmiany. Ludziom na poradzieckim wschodzie również chodzi wyłącznie o to, żeby spokojnie żyć i nie mieszać się w żadne konflikty. Mało kto na wschodzie wierzy, że DRL i ŁRL będą trwały wiecznie, wszyscy uważają, że wcześniej czy później wydarzy się tu scenariusz krymski i sytuacja wróci do normalności, bo przecież wcześniej czy później normalność, według nich, wrócić musi, i przykład Naddniestrza wcale nie przeszkadza im tak uważać.

Więc jeśli „Noworosja” pójdzie dalej na zachód, ze starymi, dobrymi czasami wymalowanymi na sztandarach, to znajdzie się naprawdę wielu, którym będzie to na rękę.

Nawet jeśli to powrót do pańszczyzny.