Przewaga, jaką ma Rosja

Niezależnie od strategii, jaką się wobec niej przyjmie, Rosja ma w ręku jedną, bardzo mocną kartę: może sobie pozwolić właściwie na wszystko, a później wrócić do stołu rokowań.

Już właściwie wszyscy na Zachodzie (a i wielu na Ukrainie) zaakceptowali fakt, że Krym jest rosyjski. I fakt, że – jak się wydaje – znacznej części mieszkańców półwyspu taka sytuacja odpowiada, służy Zachodowi jako środek na pozbycie się wyrzutów sumienia. „W porządku, być może nie powinni, być może zagrali na nosie całej międzynarodowej społeczności, ale przynajmniej to jest coś, czego chcą Krymianie. Tu wątpliwości być nie może”. Zachód będzie myślał o Krymie w podobny sposób, w jaki Polska myśli o Piłsudskim i Rydzu, którzy – na początku i na końcu polskiej międzywojennej państwowości – wbrew umowom międzynarodowym zajęli Wilno i Zaolzie: „jasne, może nie powinni, ale przecież ludzie tego chcieli”. I dylemat moralny większy, to łatwiej zaakceptować rzeczywistość.

Prawda jest jednak taka, że Zachód – najnormalniej w świecie – nie ma w rękawie nic, żadnej możliwości takiego zadziałania, żeby Rosję z Krymu wypchnąć. Wie, że dla Rosji Krym jest punktem, z którego wycofać się nie może bez utraty prestiżu – i w oczach własnych, i zagranicy, i że Rosja będzie Krymu broniła do ostatniej kropli krwi, a upokorzyć jej Zachód się boi, bo Rosja upokorzona – to Rosja nieprzewidywalna. To raz.

Dwa – Rosja coraz lepiej wie, że Zachód wie, że Rosja wie, że – wcześniej czy później, niezależnie od tego, jak będzie wyglądał bardak rozpętany przez Rosję na jej granicach – trzeba będzie jakoś się z nią ułożyć. I że Zachód zawsze, na każde rosyjskie skinienie, do stołu rokowań przybiegnie w podskokach. Niezależnie od tego, co Rosja zrobi. Bo Zachód wojować nie chce. A nie zawsze była tego świadoma: jeszcze na wiosnę tego roku Aleksander Dugin, człowiek, którego Kreml raz uważniej, raz mniej, ale jednak słucha, na poważnie brał pod uwagę rozmieszczenie na zachodniej i środkowej Ukrainie natowskich baz w przypadku zajęcia przez Moskwę „Noworosji”.

Teoretycznie Rosja może więc nawet – dajmy na to – zadziałać zaczepnie wobec kraju należącego do NATO. Choćby po to, by przetestować, tak jak to robi do tej pory, jak daleko może się posunąć. Być może nawet doczeka się w takim wypadku natowskiej odpowiedzi – ale na pewno nie będzie to odpowiedź dla Moskwy specjalnie groźna. Trudno wyobrazić sobie naloty bombowe na rosyjskie miasta, trudno wyobrazić sobie, by jakikolwiek rosyjski „interwent” wkroczył na rosyjskie terytorium: atomowa Moskwa może być w takim wypadku nieobliczalna, a tego Zachód się boi. Albo inaczej: uważa, że gra na takie ryzyko nie jest warta świeczki.

Można sobie wyobrazić, oczywiście, dalsze sankcje, ale i te mogą zostać zniesione, gdy tylko Rosja wykaże ochotę, by usiąść do stołu i zacząć się dogadywać. To naprawdę niebezpieczne, że Rosja zaczyna rozumieć coś, co wcześniej jedynie podejrzewała: że Zachód wojować nie chce. A nie chce wojować dlatego, że Rosja nie jest już dla Zachodu pępkiem świata. Że zajmuje gigantyczną część globu, ale prowincjonalną. I że w zasadzie, jeśli chodzi o Zachód, to może sobie na swojej prowincji robić co chce. I że rosyjskie panoszenie się w regionie nie jest warte ryzyka nuklearnego konfliktu, więcej, rozpadu Rosji na szereg nieodpowiedzialnych, rozwrzeszczanych, potencjalnie zbójeckich terytoriów, po których czarnymi SUV-ami rozbijają się słowiańscy warlordowie w wielkich czapkach, wożąc na kolanach walizki z nuklearnymi kodami.

A Zachód z kolei wie, że jest skazany na rosyjskie toksyczne towarzystwo. Na partnerstwo, w którym umowy nie są dotrzymywane i w którym nigdy nie wiadomo, co spowoduje nerwową reakcję.
Ale prawda jest też taka, że gdyby mieszkańcy Krymu do Rosji należeć nie chcieli, i to nie chcieli czynnie, to Rosja by się mogła na Krymie nie utrzymać. Bo Rosję ogranicza tylko to, czego sama nie jest w stanie przetrawić. Ograniczają ją wyłącznie własne możliwości. Ale Rosja też, na szczęście, to wie.

Co innego wsysać powoli Abchazję, zyskując przychylność ludzi przez budowanie tam dróg i remonty szpitali, co innego rozrzucać się na Krymie podniesione emerytury i pensje, a co innego opanować jakieś terytorium i je utrzymać, szczególnie w sytuacji rosnącej izolacji międzynarodowej. Trudno sobie już teraz wyobrazić włączenie do Rosji Donbasu i wyjście naprzeciw oczekiwaniom miejscowej ludności, która, po pierwsze, będzie wymagała od Rosji przywrócenia co najmniej takiego stanu rzeczy, jaki panował tam przed wojną, a po drugie – wcale, jak się okazało, wcale nie jest jednomyślnie i jednoznacznie prorosyjska.

Można było odbudować niespecjalnie wielki Grozny, a na czele Czeczenii postawić watażkę Kadrowa, ale Donbas to nie górska, kaukaska prowincja. Trudno więc tym bardziej sobie wyobrazić rosyjski atak na inne wielkie ukraińskie miasta, jak Charków, Dniepropietrowsk czy Odessę, bo po lekcji donbaskiej widać już wyraźnie, że w ataku takim nie mogliby uczestniczyć wyłącznie „opołczeńcy”, liczący na prorosyjską miejscową piątą kolumnę, bo scenariusz taki kończy się wypalonymi ruinami i wzmacnianiem ukraińskiego oporu, a – po prostu – rosyjska armia, walcząca pod oficjalnymi, rosyjskimi sztandarami, bo wjazdu na terytorium największego po Rosji europejskiego kraju armii, z czołgami, samolotami etc. nawet Putin nie ukryje.

Co oznaczałoby, oczywiście, doprowadzenie stosunków z Zachodem do katastrofy (choć jak by ta katastrofa mogła wyglądać – nie wiadomo), dalsze sankcje, coraz głębszą międzynarodową izolację, a może nawet upadek reżimu. Nie wspominając o trudnościach z późniejszym administrowaniem tymi wielkimi przecież terenami, włączeniu ich w rosyjski obieg gospodarczy, walce z ukraińską partyzantką na tych terenach itd.

Z drugiej strony – Rosja wie, że czegokolwiek by nie zrobiła, Zachód będzie musiał z nią rozmawiać, i dlatego może zachowywać się jak nieodpowiedzialne, krnąbrne dziecko. I to jest w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne.