Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Między Rurytanią a Molwanią - Blog Ziemowita Szczerka Między Rurytanią a Molwanią - Blog Ziemowita Szczerka Między Rurytanią a Molwanią - Blog Ziemowita Szczerka

18.01.2015
niedziela

Ukraina ciężko nad Ukrainą wisi

18 stycznia 2015, niedziela,

Na Ukrainie wrze i huczy nation-building process, aktywiści na wschodzie kraju zapisują się na lekcje ukraińskiego, obwieszają ukraińskimi gadżetami, dziewczyny malują paznokcie w „patriotyczny manicure” i noszą „patriotyczne kolczyki”, chłopaki golą sobie głowy w kozackie osełedce.

Starsi, „radzieccy” ludzie patrzą na to jeszcze trochę koso, ale już z westchnieniem rezygnacji: przywykają. Poza tym widzą, co się dzieje w Ługańsku i Doniecku i nie bardzo chcą mieć to samo u siebie. Lepiej dożyć swojego w ciszy i spokoju, iść na bazar po kartofle bez ryzyka, że pocisk z grada zamieni stoiska w krwawą miazgę.

Jeszcze niedawno potrafili za taki „patriotyczny manicure” obwarczeć – teraz trochę strach, choć nadal się zdarza. Ale wolą nie, bo wiedzą, że jak zaczną warczeć, to będą ci chlustali w twarz Wołnowachą, krwią zabitych, „cyborgami” w Doniecku, zarzucą bycie „sługusem Putina” – i trudno będzie z tym dyskutować.

Czarno-pomarańczowych prorosyjskich „georgijewek” otwarcie raczej się nie nosi, co jednak nie znaczy, że nie ma takich, którzy nosiliby z chęcią. Jednego z „cyborgów” broniących przez pewien czas lotniska pod Donieckiem pobito w taksówce na południu Ukrainy. Co jakiś czas dochodzi do rzucania się sobie do oczu na tle donieckiej awantury. Coraz więcej członków nacjonalistycznych ukraińskich organizacji pochodzi właśnie ze wschodu Ukrainy. Tak więc na wschodzie i w centrum kraju trwa żółto-niebieska fiesta, przepychająca się z czarno-pomarańczową rezygnacją.

Ale na zachodzie Ukrainy jest zupełnie inaczej. Czasem, tu i ówdzie, zobaczy się żółto-błękitną wstążkę, choć raczej rzadziej niż częściej. Zachód jest ukraińsko okrzepły, na zachodzie Ukraina jest czymś oczywistym i dawnym, nic nie musi udowadniać, ani sobie, ani innym. Zachód Ukrainy, co więcej, ma tej całej okołowojennej histerii i rzeczywistości serdecznie dosyć i z chęcią zamknąłby się we własnym pokoju i trzasnął drzwiami. Nie mówi się o tym za głośno: zbyt wiele polało się krwi na Majdanie, jeszcze więcej w ATO, herojam sława. Gdy do podlwowskich czy podfrankowskich wsi przyjeżdżają samochody wiozące trumny zabitych żołnierzy – ludzie podchodzą do skraju drogi i klęczą.

Ale powoli się już tym wszystkim męczą. Nie mogą się doczekać, kiedy wiosną wiosnę, a nie Ukrainę zobaczą.

Nikt tego głośno oczywiście nie powie, ale marzenie za życiem w „normalnym świecie” jest silne. A ten „normalny świat”, z perspektywy Lwowa czy Frankowska, to nadal nie jest Charków czy Dniepropietrowsk. Większość mieszkańców zachodniej Ukrainy zresztą nigdy tam nie była i się nie wybiera.
Jeśli wyłączyć dyktafon, ludzie na zachodzie rozpierają się w swoich kwitnących kawiarniach, w swoich mieszczańskich mieszkaniach, i mówią: a mogłoby tu być spokojnie. Można by tu było spokojnie żyć. Jak u was, w Polsce. Jak na Słowacji. Mało kto ma tutaj wątpliwości, że Krym, jeśli chciał, już dawno powinien iść w ciorty, że w ogóle nie powinno się go do Ukrainy przyłączać, a jeśli Donieck i Ługańsk też chcą iść w swoją stronę – to proszę bardzo. A jeśli i inni przy okazji też – tu już następuje mocne ściszenie głosu – to bon voyage. Że nikomu tak naprawdę na tej wojnie nie zależy, że toczy się tylko dlatego, że nikt nie ma odwagi powiedzieć: a idźcie do diabła.

My chcemy świętego spokoju, my chcemy normalnie żyć – mówią lwowianie to samo, co jeszcze niedawno mówiono w Doniecku, i co nie zostało im dane. Integrować się z kim chcemy, przecież bez tego cholernego wschodu (znów ściszenie głosu, bo Ukraina słucha, bo to rozmowy grzeszne, bo Majdan, bo „Cyborgi”, bo herojam sława), skorumpowanego, bandyckiego, oligarchicznego, radzieckiego odwłoka już dawno bylibyśmy w Unii. Po całej Europie jeździlibyśmy jak po swojej, jak wy. Fundusze, otwarte granice, normalne życie.

Niech pozwolą, na przykład, marzy Lwów, wprowadzić, pomocniczo, łacinkę w języku ukraińskim. Żeby był i cyrylicki, i łaciński zapis. Jak w Serbii. Wschód Ukrainy by na taką propozycję krew zalała: nie dość, że na Zachód, do NATO ciągną (co z tego, że na św. Nigdy), to jeszcze język latynizować? Tradycję łamać? Dlatego na zachodzie się jakoś specjalnie tej idei nie przepycha. Bo Ukraina jest jedna, bo wojna, bo NATO, bo Majdan, bo ludzie giną. Ciii.

Na wschodzie też jest cicho, ale gdy wszystko się uspokoi, znów zaczną się rozliczenia. Że to zachód Ukrainy, nacjonaliści, wymyślił całą tę zabawę, że to oni, swoją nacjonalistyczną histerią i pogardą, doprowadzili do tego, co się wydarzyło. Do zniszczenia górniczego regionu, śmierci tysięcy ludzi. Zachód, tak jak dawniej, odpowie pogardą i oskarżeniami o „radzieckość” i „rosyjskość”. I dalej będzie marzył o Ukrainie absolutnie i bezwzględnie europejskiej, jak dawniej, za Habsburgów, choć i za Habsburgów Galicja z wiedeńskiej perspektywy była pół-Azją.

Różnicę zresztą między wschodem i zachodem widać szczególnie wyraźnie tam, gdzie się dwie narracje zderzają: we Lwowie, dokąd dotarli ukraińscy uchodźcy z Doniecka. Ci uchodźcy być może nie lubią „separów”, ale we Lwowie cholera ich bierze co krok: gdy widzą portrety z Banderą sprzedawane na ulicy jak pocztówki ze słoneczną plażą, gdy widzą lwowian pijących kawę po wiedeńskoidalnych kawiarniach, podczas gdy im tam, na wschodzie, zburzono domy, a przecież to jest, „ich, lwowskich banderowców, wina”.

Tak, ukraiński zachód sam, powoli, zaczyna mieć dosyć własnej retoryki, podbijania narodowego bębenka, i kto wie, czy nie właśnie tutaj narodzi się ukraiński Gombrowicz, który pierwszy powie: „a płyńcież wy, do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał”.

Póki co – Ukraina trzyma wszystkich za twarz. Ale kto wie, czy– wcześniej czy później – gdy chwyt osłabnie, dwie ukraińskie narracje zaczną się ze sobą splatać, czy rozplatać.

Wschód Ukrainy pozostał co prawda raczej bez alternatywy: do Rosji ciągnąć (przez jakiś czas przynajmniej) raczej nie będzie, a innego wyjścia miał nie będzie: albo więc zacznie się zmieniać, albo wpadnie w marazm. A wtedy być może uruchomi się na Ukrainie jeden, zdecydowanie prozachodni silnik.

Ale jeśli Unia za bardzo będzie na Ukrainę kręcić nosem, wschód znów zacznie się do niej zniechęcać, a zachód (który po prostu jest częścią Europy i nie ma innego miejsca, do którego miałby dążyć) zacznie znów obwiniać wschodnią Ukrainę za maruderstwo w drodze do Europy. I cała ta męcząca wszystkich ukraińska epopeja wschód-zachód może rozpocząć się na nowo.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop